Chth to chemioterapia. L to life. 73 to założona przeze mnie długość życia. Statystycznie nie żyję już od kilku lat więc może się uda.
sobota, 26 maja 2007
Chth 0. Aż się zdziwiłem że tak dobrze.

Nie zapowiadało się. Ranek był nie najmilszy. Już o czwartej nad ranem zbudziły mnie pewne nieprzyjemne dolegliwości i męczyły regularnie niemal co godzinę. Nie ma jednak tego złego co by na dobre nie wyszło, bo dzięki nim udało mi się zobaczyć ciotkę, która spała już kiedy przyjechałem, a wyszła by do wnuka nie napotkana przed moją pobudką gdybym wstał normalnie. A tak - w sytuacji może nie do końca miłej, ale zawsze - widziałem się z nią. Męczyło mnie do śniadania kiedy wziąłem procha i przestało. Chyba przy okazji udało mi się przestraszyć trochę wuja, który potem dzwonił do mojego ojca dopytywać się czy dojechałem do domu w jednym kawałku.

Poza tymi drobnymi komplikacjami wszystko szło zgodnie z planem. W szpitalu dokupiłem jeszcze jednego ICeTea cytrynowego i zaopatrzony w 1.5 litra płynów gotów byłem do wzięcia swojej porcji gemzaru. Z ciekawostek jeszcze w m.st. kupiłem sobie wreszcie zalecaną mi przez różne siły medyczne wodę JAN, która ponoć cudownie wpływa na nerki (odkamienia) i ma mi pomóc w zapobieganiu zatykania się nefrostomii. No zobaczymy. Udało mi się też bez większych problemów porozmawiać z miejscowym moim lekarzem prowadzącym. Ta Pani Doktor jest na szczęście znacznie bardziej konkretna i komunikatywna niż Mądra Pani Doktór, nie ucieka przed pacjentami, więc rozmowa przebiegła nawet bardzo przyjemnie. Wszystko zostało ustalone. Przy okazji następnej chemii mam dłużej siedzieć w szpitalu i wziąć mocniejsze nawodnienie na wypadek gdyby znowu coś się po niej pochrzaniło. To może być co prawda nudne jak diabli, ale na pewno bardzo rozsądne.

Chemia przebiegła w sumie bardzo spokojnie i na bardzo miłych rozmowach na gg. Te 1.5 litra płynów wystarczyło niemal dokładnie na 5h siedzenia pod kroplówką, a o tempo podawania leku nie musiałem się martwić bo udało mi się wywalczyć pompę. Woda JAN okazała się nie być szczególnie paskudna, ba nawet dość smaczna, no i chyba rzeczywiście dość silnie moczopędna. Ale mnie akurat to zupełnie nie przeszkadza. Pod koniec podawania chemii musiałem trochę polatać za siostrami żeby mnie na czas odczepiły i żebym zdążył na autobus na dworzec. Udało się.

Autobus miejski okazał się dość paskudny. Z wyglądu dość porządny, ale chyba pochodzący z jakiejś zimnej skandynawii, bo zupełnie bez okien. Puszka. Na zewnątrz upał, w środku piekarnik. No ale miasto chth było dla mnie wyjątkowo łaskawe i korek popołudniowy, który mi zafundowało był bardzo krótki jak na swoje możliwości.

Przy dworcu kupiłem napitek na drogę, gazetkę, bilet, spojrzałem na zegarek i stwierdziłem, że mam jeszcze chwilę czasu. Zastanowiłem się na co mam ochotę. Mój wzrok padł na "Pokusę". Dawno tam nie byłem. W menu przyciągnęła mój wzrok pomidorowa. Zamówiłem. Trochę bałem się, że nie zdążę jej zjeść, ale udało się. I warto było zaryzykować.

Tak posilony wsiadłem do wagonu pierwszej klasy pociągu do m.st. Zająłem miejsce przy oknie. Niestety przedział był nasłoneczniony. Okno otwarte na ościerz. W przedziale dwóch facetów. Potem dosiadła się jeszcze jedna dziewczyna. Towarzystwo zupełnie nierozmowne.

Pociąg odjechał z dziesięciominutowym opóźnieniem. Miał jakieś problemy z lokomotywą. Podróż przebiegała spokojnie, moje miejsce zapewniało mi dobry umiarkowany przewiew, powietrze nagrzane więc nie było niebiezpieczeństwa przewiania. Gdzieś po drodze przejechaliśmy przez strefę opadów, a w pociągu pojawił się pan Bar. Zamówiłem sobie kawkę i prince polo. Mniamć. Samopoczucie niemal rewelacyjne.

W m.st. pociąg nie zmniejszył opóźnienia więc spóźniłem się na bezpośredni autobus do domu. Ale jako że kondycja mi dopisywała ruszyłem w trasę do domu trasą wieloprzesiadkową. Po drodze zafundowałem sobie krótki spacer. Cały czas zadziwiał mnie mój dobry stan mimo koszmarnych warunków pogodowych (zaduch i wysoka temperatura).

W końcu o wpół do dziesiątej dotarłem do domu witany przez zmęczoną hałturą i pogodą Najlepszą z Żon.

czwartek, 24 maja 2007
Na stacji w N.

Tak to jeszcze chyba nie pisałem. Pociąg pospieszny do miasta chth właśnie zwiększa opóźnienie z 20 do 40 minut czekając na jakąś osobówkę na malowniczym dworcu w N. A mnie się nie chce uczyć czeskiego więc wyciągnąłem laptopa i złapałem sobie internet.

Dziś wreszcie się dowiedziałem. Wyniki były dość dobre. Nic nie urosło, a dwie zmiany zmniejszyły się po około 0.5 cm. Czyli nieźle. Ale z drugiej strony Mądra Pani Doktór zaproponowała koniec chemioterapii po dwóch następnych kursach ze względu na wysoką toksyczność. Mamy "obserwować" guzy czy rosną, a w razie gdyby rosły - wrócić do przerwanej terapii. No zobaczymy jak to będzie wyglądało w praktyce. Prawdę mówiąc raczej mnie ta druga wieść nie cieszy. Wolałbym się leczyć. Choć z drugiej strony jeśli leczenie ma mi bardziej szkodzić niż pomagać...

Pociąg ruszył. Zaraz wjedzie do lasu i stracę zasięg. 

sobota, 05 maja 2007
Witaj domku

No i wyjazdowa część urlopu zupełnie już za mną. Chemia zresztą też.

Wróciłem do domu. Wczorajsza chemia była z tych łagodniejszych, więc nie było jakichś strasznych tragedii. Poza nerwowym początkiem, kiedy nie mogłem się przebić z prośbami, żeby mnie szybko podłączyć, bo spieszę się na pociąg, przeszła bez większych problemów. Standardowy problem długego weekendu pt. jeden lekarz na całym oddziale nie jest w stanie opanować tego co się dzieje. Ale w końcu Młoda Pani Doktór opanowała sytuację, rozpisała mi chemię na 4h zamiast na 6h i cała procedura ruszyła.

Potem spokojnie na dworzec, drobne zakupy jedzeniowe, żeby mieć co jeść w m.st. i do domu. Miałem co prawda pyszne kanapki od cioci, ale one "zadziwiająco" szybko się skończyły. W pociągu puchy, że aż strach. Tak jak przewidywałem szczyt przewozowy to będzie pewnie dziś i jutro, wczorajszy pociąg nie grzeszył obłożeniem. Przynajmniej w pierwszej klasie, bo wagon rowerowy był a i owszem zapełniony. W drodze miałem pewien problem, bo na godzinę przed wysiadką opadła mnie straszna senność, a siedziałem sam w przedziale. Prawdę mówiąc bałem się, że zasnę i obudzę się bez plecaka. Przedrzemywałem patrząc od czasu do czasu do lustra, w którym widziałem mój majątek. Potem okazało się, że bezpiecznie jest całkiem nieźle, bo w przedziale obok podróżuje patrol Straży Ochrony Kolei.

W m.st. niemiła niespodzianka. Zwykle czeka na mnie autobus, który podwozi mnie w ścisłe pobliże domku. Autobus jest, ale nie podjeżdża na pętle. Potem się okazało, że m.st. wczoraj działało zgodnie ze świątecznym rozkładem jazdy. No nie ucieszyłem się. Ale w końcu dojechałem do domku. Czekała na mnie dość obfita poczta (głównie rachunki, buuuu). W mieszkaniu puchy, brakuje gryzoni oddanych na przechownaie do znajomych na czas majowego weekendu. Włączyłem radio, zjadłem kolację, jeszcze telefon od Najlepszej z Żon i spać.

Dziś od rana nic mi się nie chce i nic nie robię. Trochę dokuczają mi moje radosne wnętrzności, ale w porównaniu z tym co wyczyniały pod koniec wyjazdu to i tak jest miło, spokojnie i przyjemnie. Mam nadzieję, że podwójna no-spa wystarczy i za chwilę będzie spokój. W radio meksykańskie muzyczki i Cejrowski (to pierwsze lubię, tego drugiego uważam za idiotę - ale z dobrym gustem muzycznym). Najlepsza z Żon wraca jutro. Jeśli uda mi się zachować dobry stan ciała i ducha to może być całkiem miły dzień.

piątek, 20 kwietnia 2007
Chth -1 c.d.

Ale wróćmy jeszcze na chwilę do dnia wczorajszego. Otóż udało się. Walka wygrana. Począwszy od tego, że udało mi się przekonać Mądrą Panią Doktór do wypisania mi recept poza kolejnością (miałem na 15:30 być u operatora po komórkę), a jeszcze w swojej wielkości (to nie jest sarkazm tym razem) podrzuciła mi kilka leków "próbek", które dostała od dystrybutorów, dzięki czemu i tak bardzo wysoki rachunek w aptece nie był jeszcze wyższy. A wiem, że sytuację miała nie wesołą, bo była jedynym lekarzem na oddziale i prowadziła pacjentów oddziałowych za dwie osoby dodatkowo. Na szczęście zrozumiała sytuację.

O 15:30 o dziwo w punkcie operatora wszystko czekało na mnie załatwione. Podpisałem jeszcze ubezpieczenie (nie wiem czy słusznie, spieszyłem się jak jasna cholera bo o 18:10 pociąg do miasta chth a ja jeszcze muszę do domu się przepakować) chwyciłem co swoje i popędziłem do domu.

Po drodze spisałem spis rzeczy na wyjazd, co je ma Najlepsza z Żon spakować i tych na wyjazd na chemię, co ja je muszę dorzucić do plecaka. W domu był lekki meksyk, bo w zasadzie chciałem przygotować wszystko do obu wyjazdów w niecałe 0.5 h, co mi oczywiście nie wyszło. Skończyło się na zostawieniu listy i pobieżnym spakowaniu na chemię.

Tym razem na szczęście szybko i bez korków dostałem się na dworzec, podstęplowałem bilet i wsiadłem nienerwowo do pociągu. Dosiadła się mama z córką sześcioletnią, obie niepełnosprawne, ale córka bardzo żywa i bardzo miła. Tym razem zamiast uczyć się czeskiego całą drogę przegadałem z tą mamą i - czego zupełnie nie dało się uniknąć z sześciolatką ;-D. Musiałem młodej przypaść do gustu, bo na pamiątkę dostałem od niej kartkę z jej próbami pisania literek w dużych kratkach. Zachowam ją w moim podręczniku do czeskiego zgodnie z daną obietnicą.

Ach i jeszcze jedna ważna informacja. Otóż na tym wyjeździe powiększyłem grono znajomych krewnych! Otóż jako że wuj musiał pilnie wyjechać do swojej dalszej rodziny opieka nade mną została przekazana bratu stryjecznemu. Z ciekawych rzeczy facet nosi moje imię i nazwisko! Jest trochę młodszy, ma piękną żonę i 7miesięcznego synka. Na prawdę bardzo miłe towarzystwo. Mój imiennik odebrał mnie ze dworca i pojechaliśmy do nich. Odstąpili mi chyba swój pokój. To bardzo miłe, taka gościnność. Na prawdę ta część rodziny, mimo, że dość daleka i tak żadko przeze mnie widywana do tej pory, bardzo mi się udała. Trzeba będzie zagęścić te kontakty, bo to na prawdę świetni ludzie. W ramach zapoznawania się chyba ich trochę zagadałem. Przyjechałem już dosyć późno, a oni bardzo rano do pracy wstają, znacznie wcześniej niż ja normalnie. Mam nadzieję, że nie będę dla nich kłopotem, bo chcę zostać tu do soboty i jechać stąd bezpośrednio do Grajewa (1 kl. PKP) skąd mają mnie odebrać na ostatnie kilometry Najlepsza z Żon i Nasz Wielki Przyjaciel. A dalej - w drogę na agroturystykę i ptoki!

sobota, 14 kwietnia 2007
Chth 0. Pilnował mnie Czarny Kot

Znowu trzynastego w piątek i miasto chth. Ja już to skądś znam. Ale jakoś tak dziwnie bez problemów. Wuj obudził o siódmej, poczęstował śniadaniem i zawiózł do szpitala. Ja kupiłem jakieś napitki i bułę na dzień, żeby o suchym pysku nie siedzieć i dalej zgodnie z procedurą. Wyniki do pielęgniarek, wstępna akceptacja, rejestracja... no właśnie! Gdzie jest mój dowód osobisty??? Jasny gwint. Musiał zostać w drugiej koszuli po tym jak wczoraj pisałem te umowy z nowym operatorem. Ale nikt nie robi mi problemów. Mam ważną legitymację ubezpieczeniową, okazuje się, że to wystarcza. Potem znowu na górę, na oddział. I znowu czegoś mi brakuje.

Instaluję komputer. Zaczynam tłumaczyć jakiś tekst służbowy. Miga mi Pani Ordynatór z komunikatem, że chemia podpisana. Potem przychodzą siostry z pompą. Podłączają. Wszystko idzie zgodnie z planem. Pompa nastawiona tak, że przed czwartą spokojnie skończę. Nienerwowo. Tylko znowu strasznie mi szkoda pogody za oknem. Na sali panie, głównie 50+, "po piersiach". Ale nawet sympatyczne. Wiem, że takie towarzystwo potrafi być strasznie marudne, ale dziś trafiły mi się na prawdę bardzo sensowne. Najśmieszniejsze były dyskusje o piciu fermentowanych soków (wg. mnie mambo jambo - wg. nich, a zwłaszcza pani, która podawała się za ukrainkę z pochodzenia - cudowny środek wzmacniający zdrowie w chorobach nowotworowych). Pani zalecała podfermentowywać wszystko i nie pijać soków świeżych, tylko takie, które już chwilę stoją. No.. ciekawa koncepcja, nie powiem ;-D. Wyobraźnia skierowała mnie w kierunku podfermentowanego soku pomarańczowego i podziękowałem grzecznie za taką terapię.

Po chemii próbowałem bezskutecznie wyrwać wypis, żeby zobaczyć, czy mam jakieś zalecenia na następną chemię, ale ponoć lekarz prowadzący był jeszcze na obchodzie, a ja mam swoją "świętą" ostatnią sensowną siódemkę o 16:15 i nie mogę czekać, bo mi pociąg da dyla. Czułem się nawet nieźle, choć po tempie spaceru na przystanek doszedłem do wniosku, że rewelacji nie ma. No nic. Cieszmy się z tego co mamy. Złapałem jeszcze koreczek (jakbym ich mało miał w m.st.) ale nienerwowo dojechałem w czas na dworzec. Tu stempelek i dopłata do jedynki (znowu jakaś myśl, żeby oszczędzić te dwie dychy... precz szatanie!). I można zasiedlać pociąg. Trochę osób już siedzi. Ale tłoku nie ma. Wybieram miejsce przy oknie. Nietety w przeciwnym kierunku do jazdy pociągu. Nie przepadam za tym położeniem. Potem jeszcze okazuje się, że słońce - wyjątkowo ostro operujące tego popołudnia również wybrało moją stronę. No nic. Jedziemy.

Podróż przebiegła spokojnie. Nierozmowni współpasażerowie (pewnie od nas z m.st., ci z miasta chth zwykle coś mówią). Pod koniec drogi telefon od Najlepszej z Żon. Chce po mnie wyjechać. To miłe. Czeka na dworcu i jedziemy do domu. Kolacja. Jakaś miła rozmowa. Karmienie gryzoni. Spać.

Trzynastego w piątek. I właściwie miło i spokojnie. Bez problemów. Czy ja widziałem ogon Czarnego Kota?

sobota, 31 marca 2007
Chth 0. Oj ciężko.

Noc nienajlepsza. Czujność rewolucyjna mi się uśpiła i nie zorientowałem się, że groszek w zupie na dobranoc to nie jest dla mnie dobry pomysł. No i miałem... rewolucję.

Rano pobudka o siódmej. Niedospany jak jasna cholera. No ale wujostwo dbało o mnie, śniadanie podało i zawiozło do szpitala. Tam początkowo w miarę normalnie. Rejestracja szybka i sprawna, wyniki w porządku. Rozłożyłem się na sali dziennej z laptopem i zacząłem pracować. Niepokoić zacząłem się koło 10:00. Bo nikt nic nawet nie zaczął robić w sprawie mojej chemii, dziś 1h + 6h, a ja powinienem o 16:00 opuścić szpital! Poszedłem do sióstr, a ta na mnie z twarzą, że taxotere to oni będą rozpuszczać dopiero o 11:00. (No to jestem ugotowany). Po czym pobiegła do pani ordynator ze skargą na złego pacjenta. Okazało się, że pani ordynator się mną osobiście opiekuje i od razu powiedziała, że za chwilę chemię podpisze i żeby się nie martwić. I rzeczywiście po kilku chwilach dostałem swoją chemię i to podłączoną do pompy! Super. Zjawiła się też Pani Doktór i przekazała kilka uwag co i jak się może zdarzyć (zmiany w jamie ustnej), tudzież, że nie wziąłem tydzień temu recept. Na szczęście bez pretensji do mnie.

Chemia kapała sobie niespiesznie, a ja powoli sobie pracowałem. Niestety wraz z każdą kroplą narastało zmęczenie. Starałem się nie siedzieć w miejscu i co jakiś czas podchodziłem ze stojakiem do okna. Na dworze było pięknie. Wiosna w mieście chth budziła świat do życia. Żal że ja tak muszę w czterech ścianach siedzieć i pilnować mojej chemii. Z drugiej strony pomysł z laptopem jest rewelacyjny. Po prostu mam co robić. Nie nudzę się. Nie chodzę po ścianach. Siedzę, a przy okazji robota toczy się do przodu. W sumie to jestem przecież formalnie w pracy, nie biorę zwolnienia na tą chemię.

Wreszcie się skończyło. 16:30. Późno. Taksówka. Korek. Na szczęście nieduży. 10 PLN. Stacja. O rany jak dobrze. Nie ma kolejki. Biorę dopłatę do jedynki. Chrzanię. Nie będę się woził w stanie półprzytomnym denerwując się, że zaraz mi wsiądzie oddział wojska. Licznik bije 20 PLN. Trudno. Wybieram przedział. Czuję, że nie będzie lekko. Cholerne wzdęcie. Paskudnie. W przedziale mam dwie osoby. Profesora i dojrzałą dość studentkę zaoczną jadącą na "sesję" na UJ do Krakowa. Podróż trwała miło, toczyły się inteligentne rozmowy. Dobrze, że udało mi się trafić na rozsądnych ludzi w przedziale, bo w tym stanie może nie stanowiłem nadmiernie atrakcyjnego rozmówcy, ale przynajmniej jechało się szybko.

Poprosiłem telefonicznie Najlepszą z Żon o to, żeby po mnie wyjechała. Wciąż nie czułem się fajnie. Czekała na Wschodnim. Autobus też czekał. I dobrze. Potem jeszcze niemiła przygoda na ostatnich metrach przed domem. Klasyka pochemiczna. Niby się zabezpieczyłem się przed tym lekami, ale wyraźnie nie zadziałały. Nie męczyło bardzo, ale dało o sobie znać. Właściwie już zapomniałem jak to jest. No to sobie przypomniałem.

W domu zapach pomidorówki. Ale ja padłem. Wzdęty brzuch bolał jak jasna cholera. Zmęczenie siadało na karku. Z brzuchem walczyłem jeszcze do środka nocy. W końcu wygrałem.

I mam nadzieję, że teraz to już będzie z górki.

Chth -1

Podróż przebiegła jak zwykle miło. Przed zasiąściem w pociągu wpadłem jeszcze do Złotych Tarasów zobaczyć co to to jest. No rzeczywiście Passive Exclusive. Wymaga pieniążków. I granica między Dworcem Centralnym a Centrum Handlowym jest porażająca. Inna cywilizacja. Inny poziom. Inna czystość. Inny zapach. Skok jakości robi wrażenie.

I pewnie dlatego do pociągu doszedłem na ostatnią chwilę. Ale spieszyć się nie było po co, bo tłoku nie było. Podróż w przedziale ze starszym panem, który cały czas pociągał nosem. Nic nie mówił tylko posiąkał. Jechał chyba z samego Krakowa (miał jakąś krakowską gazetę). Wyraźnie był zmęczony podróżą.

W tym tygodniu o jechało się o tyle inaczej, że przez połowę drogi było jasno. Ciągnęło do okna, żeby powyglądać. A ja jestem bardzo czuły na takie pokusy. Więc kolejne lekcje czeskiego musiały zaczekać aż się zciemniło. Ale jak już się wziąłem za czeski to porobiłem wszystkie zaległe ćwiczenia pisemne w pięknym zeszycie z foką z helskiego fokarium.

Na dworcu czekał jak zwykle wujek. Pojechaliśmy do jego domu. Tam niewielka kolacja i spać.

sobota, 24 marca 2007
Chth 0. Uratuje Cię Tylko SOR!

No więc zapisywałem się do tego szpitala na izbie przyjęć. Było gorąco, a szatni nie namierzyłem, więc zdjąłem kurtki i papachy. Początkowo trzymałem je na kolanach, ale zauważyłem bardzo przyjemny wieszaczek. Powiesiłem tam ubranka i wróciłem do kolejki. Szło dość szybko, więc dość sprawnie zacząłem spowiadać się pani przy stoliku ktom zacz i na co gdzie kiedy chorowałem. Następnie chwyciłem wyniki analiz, świeżo utworzoną papierologię i wióra na oddział. Ubrania zostały.

Minęło 6 godzin. Chemioterapia się skończyła. Zadowolony z siebie zebrałem komputer... ale zaraz zaraz... gdzie jest moja kurtka? Została na izbie przyjęć. OK. Idę na izbę. Izba zamknięta. W okolicy żywego ducha nie uświadczysz. Co teraz? Wracam na oddział. Pytam pielęgniarek co robić. No nie mają pomysłu. Gdzieś powinien być jakiś strażnik z kluczami. Albo oddali kurtkę do szatni. Idę do szatni. W szatni nic nie wiedzą. Strażników żadnych nie ma. Izba przyjęć cały czas zamknięta. Ale obok jest....

SZPITALNY ODDZIAŁ RATUNKOWY!!!!

Poszedłem tam. Już miałem doświadczenie, bo trafiłem tam kiedyś z bólem brzucha. W sumie oni mogą wiedzieć gdzie szukać jakiegoś strażnika z kluczem. I może pomogą. Okazało się, że jak to SOR - uratowali mnie od początku do końca. Po prostu mieli klucze na izbę przyjęć. Dyspozytorka poprosiła ratownika, żeby ze mną się przeszedł, po czym sprawdził, czy to moja kurtka. Facet poszedł, otworzył, ale kontrolować mu się nie chciało. Sądzę, że moja radosna mina mówiła sama za siebie. Kurtka wisiała na swoim miejscu. Mogłem spokojnie wrócić na oddział i niespiesznie jechać do domu.

Wniosek: Tylko SOR Cię uratuje. I nie ważne czy coś boli czy po prostu człowiek ma szalejącą sklerozę.

Serdecznie dziękuję ekipie SOR-u ze szpitala, w którym się leczę w mieście chth za udzielenie mi tak nietypowej pomocy.

Chth -1/Chth 0. Pierwszy gemzar

No i wygląda na to, że wszystko się udało.

Podróż bardzo pozytywna. Przez całą drogę uczyłem się czeskiego, nadrobiłem trochę strat. Była też niewielka przygoda z biletem, bo w stęplu datownika nie odbiła się jedna cyfra, co oczywiści zauważyłem, ale nie chciało mi się ganiać z powrotem do kasy. Niestety zauważył to również konduktor i postanowił się trochę ze mną podroczyć. Bo przecież jak mam TAKI bilet to bardzo doskonale wiem, jak on powinien być podstęplowany, a że ten bilet to stęplowany 20-go był i inne takie. Na moje pytanie to co robimy zaproponował wypisanie nowego biletu. Na to ja błysnąłem, że nie - w takim razie niech mi "zalegalizuje" kolejną kratkę na bilecie. Widać, że chodziło o to, żeby sobie pogadać, bo facet uśmiechnął się, podstęplował źle podbitą w kasie kratkę i oddał mi bilet.

W mieście chth byłem planowo. Na peronie czekał wujek. Miła kolacja, błogosławieństwo na moje kolejne wizyty i spać.

A rano do szpitala. Trochę miałem tremę, bo to mój pierwszy występ na miejscowym oddziale chemioterapii. Trzeba było oddać wyniki analiz, zarejestrować się na izbie przyjęć. A potem umościć się "na sali dziennej". Sala ta wygląda zupełnie tak jak na oddziale chemioterapii dziennej i są te nieszczęsne fotele. Ja od razu oświadczyłem, że co jak co, ale na tym świństwie siedzieć nie będę i zarządałem krzesła. Znalazłem kawałek biurka i rozłożyłem się z laptopem. Na chemię czekałem niepokojąco długo, ale w końcu nadeszła. I niewielka konsternacja. Na butelce dawka 1125 mg, podczas gdy mowa była o 1000 mg. Mam nadzieję, że nie skończy się zatruciem, albo jakimś dramatem w białych krwinkach. No i problem jak 250 ml spuścić przez 6h. Bez pompy oczywiście. No jakoś zeszło. Oczywiście w tempie różnym. W międzyczasie załapałem się na szpitalny obiad. O 15:30 byłem po chemii. Znaczy bez problemów zdążę. Tu zdarzyło się jednak to, o czym w następnym wpisie napiszę, co nieco opóźniło moje wyjście.

Już o 16:15 siedziałem w autobusie na dworzec. Popijałem Kubusie, bo strasznie mnie suszyło. I to był błąd. Wsiadłem do pociągu, znalazłem miejsce w drugim wagonie (najlepsze miejsca w pierwszym były już zajęte) i rozpocząłem podróż. Obładowanie było spore (wszystkie miejsca w przedziale zajęte - zwykle kończy się na sześciu osobach), ale na szczęście wojsko nie dotarło do mojego przedziału. Czułem się dosyć średnio. A właściwie słabo. Po Kubusiach przyszły lekkie mdłości. Na szczęście w podróżnej aptece, którą wożę ze zobą znalazłem odpowiednie medykamenta i je szybko spacyfikowałem. Całą drogę lekko podsypiałem, a ilekroć się budziłem to marzyłem, żeby ta podróż się już jednak skończyła. I w końcu się skończyła na szczęście.

Ledwo żywy dotarłem do domu, a tam już w połowie drogi na klatce zaczęło być czuć te schabowe kotlety, co je Najlepsza z Żon obiecała mi na weekend. Suuper. A w domu zawierucha, bo w ramach walki z wiosenną deprechą, która napada niestety od czasu do czasu moją Najlepszą z Żon zafundowała ona sobie, mnie i gryzoniom (a głównie gryzoniom) wielkie sprzątanie klatki dla gryzoni. Znaczy należało im się od bardzo dawna. Więc szybko zrzuciłem z siebie wszystko i zalogowałem sprawnie do łóżka. Potem jeszcze wstałem na herbatę, ale ogólnie nie wykazywałem się nadmiarem przytomności tego dnia.

sobota, 17 marca 2007
To chyba ostatni taki wyjazd

Dzień zaczął się wiosennie. Przed domem spojrzałem w niebo i zobaczyłem klucz dzikich gęsi. Zaraz też moje wprawne ucho wychwyciła w zgiełku porannego ptasiego gadania głos zięby. Pierwszy raz w tym roku. Potem poszło już w zasadzie standardowo. Był McDonalds z tostami i słynne 15101 odjazd! (4 minuty opóźnienia, przedostatni wagon). W pociągu urozmaicałem sobie czas na różne sposoby, ale jakoś wyjęcie podręcznika do czeskiego tym razem mi nie wyszło. Jednak też było dość wesoło. Czasem nawet bardzo. Opóźnienie pociąg szybko nadrobił i do miasta chth zajechałem na czas. Tam jak zwykle podjazd jeden przystanek, spacer przez cmentarz/park, podsłuchiwanie kowalików i jestem w szpitalu.

A tam niespodzianka. Kolejna pani doktór z zestawu miejscowych lekarzy (ech marzenie o rozmowie z jednym lekarzem... chyba poza zasięgiem), ale - UWAGA! - zorientowana w mojej sprawie. Proponuje mi zmianę terapii "od ręki" od zaraz. Już dziś gemzar. Przy czym wlew 6h. Była 11:30. Przeliczyłem czas - no nie wyrabiam się na powrotny pociąg do domu. Popatrzyłem w kalendarz - jeśli dziś zacznę, to przerwa w schemacie wypadnie tydzień przed Wielkanocą i na święta będę bezpośrednio po chemii. Nie. Nic na łapu capu. Dziś wezmę jeszcze ostatni paclitaxel, a nową chemią ruszamy za tydzień. Dużo do myślenia się przy okazji pojawiło. Trochę do pomartwienia, trochę problemów do rozwiązania.

Pierwszym i podstawowym problemem jest czas wlewu. Sam gemzar ma lecieć 6h. W schemacie jest jeden dzień, gdzie mam go przyjmować w połączeniu z 1h wlewem docetaxelu. Zakładając, że mój port przyjmie te czasy (przy paclitaxelu też teoretycznie była 1h, ale w praktyce 2h to był bardzo dobry wynik) to daje w najdłuższym dniu 7h!. A ja mam pociągi ustalone tak, że w mieście chth jestem max. 6.5h, powiedzmy, że jeszcze 30 minut odpada na dojazd stacja-szpital-stacja. W najbardziej napiętym schemacie czasowym po prostu się nie wyrabiam!

Poszukałem rozwiązań. I doszedłem do następujących wniosków. Po pierwsze nie da się uniknąć pomocy wujostwa z miasta chth. Optymalne rozwiązanie jest takie, że po otrzymaniu wyników z analiz krwi w czwartek ładowałbym się w popołudniowy pociąg do miasta chth, byłbym tam na wieczór, nocowałbym u wujostwa, a rano, już np.: o 8:00 stawiałbym się na chemii na oddziale szpitalnym. Wtedy chemię mógłbym kończyć ok. 15:00 i bez problemów łapałbym popołudniowy pociąg do M.ST. Oczywiście istnieją "wariaty" alternatywne - od ekstremalnego z wyjazdem w piątek 4:50 z M.ST. i powrotem do tego miasta na godzinę 23:10, ale wariat ten... no jak widać jest bardzo obciążający - a dodatkowo zmusza mnie do przejazdu TLK z przesiadką na osobowy, czyli wykupienia dodatkowych  biletów. Można to uznać za warianty awaryjne. Cóż. Trzeba będzie zadzwonić do wujka, porozmawiać i zobaczyć co się da zrobić. Awaryjny jest też wariant z normalnym wyjazdem o 7:00 z M.ST., nocowaniem u wujostwa po chemii i powrotem w sobotę - przede wszystkim dlatego, że w sobotę zwykle nie czuję się już tak dobrze jak w piątek po południu, a poza tym pociąg z miasta chth do M.ST. o 8:40 jedzie okrężną drogą (konieczność kombinowania z biletami). Rano co prawda można jeszcze łapać się autobusów, których jest wtedy całkiem sporo, ale nie wiem czy to na pewno jest lepsze rozwiązanie. Można jeszcze kombinować z noclegami w szpitalu, ale szczerze wolałbym tego uniknąć.

Kolejna rzecz, którą mi lekarka uświadomiła, to fakt, że wcale nie musi być z tą nową chemią tak ładnie regularnie jak ze starym dobrym paclitaxelem. Z jednej strony gemzar "tnie" po płytkach, z drugiej toksyczność szpikowa docetaxelu jest znacznie mocniejsza od paclitaxelu. Z trzeciej na szczęście dawki, które mam brać nie są jakieś strasznie duże, więc może uda mi się jakoś utrzymać cykl. No a jak się nie uda? No to trudno - grunt, żeby leki zadziałały.

Do takich rozważań zmusiła mnie ostatnia rozmowa z lekarzami z miasta chth. Cieszę się bardzo na tą nową chemię. Choć jak widać niesie ona ze sobą bardzo wiele problemów. No ale nie takie problemy już przechodziłem. Grunt, że niesie również nadzieję na poprawę.

Po ostatnim paclitaxelu krótki spacer przez park i podróż na dworzec. Obiad w pokusie - dziś zażyczyłem sobie udka kurczaka, ziemniaków i surówki z kapusty kiszonej. Bilet już podstęplowany, buły i Polityka kupione. Przesiedziałem w Pokusie prawie do 16:00. Nie wiem czy w nowych ustawieniach wizyty w tym przemiłym lokalu nie wypadną mi z rozkładu podróży. Szkoda by było. Polubiłem to miejsce.

Potem na dworcu jeszcze trochę ponotowałem pociągi, a w końcu zjawił się mój 51104. Wsiadłem, zająłem miejsce. Cały czas zastanawiałem się nad tym, czy kolejny powrót z miasta chth będzie też tym pociągiem, czy już jakoś inaczej. No pożyjemy zobaczymy. W składzie spokojnie. Żołnierze wracali z przysięgi. W przedziale właśnie miałem taką "wojskową" rodzinę wracającą z zielonego garnizonu gdzieś pod Radom. I jednego żołnierza "nadterminowego". Widać, że facet różni się od zwykłych poborowych. Zadbany, zupełnie inny sort mundurowy, oparty o nowoczesne materiały (teksy i polary) czytał coś po drodze zamiast tankować z kolegami. Wogóle sprawiał wrażenie inteligenta. Pewnie jakiś ciekawy człowiek. Aż szkoda, że nie złapałem żadnego kontaktu.

To pewnie była ostatnia taka podróż po zdrowie do miasta chth. Następne będą. Inne. Jakie? Zobaczymy. 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
Popieram akcję ochrony doliny Rospudy
Ten blog jest optymalizowany do oglądania w przeglądarce Firefox przy rozdzielczości ekranu 1024x768 px.