Chth to chemioterapia. L to life. 73 to założona przeze mnie długość życia. Statystycznie nie żyję już od kilku lat więc może się uda.
sobota, 10 marca 2007
A co na to NATO?

Na poprawę humoru i samopoczucia. O tym, co na to NATO można posłuchać tu . A poczytać poniżej. Ten tekst Pogodna zbija z nóg. I tak jakoś robi się pogodno :-D


Orkiestra

Górniczo-hutnicza orkiestra dęta robi nam paparara,
robi nam paparara
to robi nam górniczo-hutnicza orkiestra dęta,
robi nam pararara, robi nam paparara
robi nam górniczo-hutnicza orkiestra dęta,
robi nam paparara, robi nam paparara

A co na to NATO?!
NATO na to nic! (x3)
A co na to NATO?!
NATO robi nam, robi nam, robi paparara, robi nam paparara

robi nam górniczo-hutnicza orkiestra dęta,
robi nam paparara, robi nam paparara
robi nam górniczo-hutnicza orkiestra dęta,
uważaj na zakrętach, nie pal tego skręta
paparara,
robi nam paparara,
robi nam górniczo-hutnicza orkiestra dęta,
robi nam paparara, robi nam paparara

A co na to NATO?!
NATO na to nic! (x3)
A co na to NATO?!
NATO robi nam, robi nam, robi paparara, robi nam paparara

you know the opases
uważaj na wilki man
you know the opases
uważaj na wilki man
you know the opases
uważaj na wilki man
you know the opases
uważaj na wilki man

robi nam paparara, robi nam paparara
to robi nam górniczo hutnicza orkiestra dęta
robi nam paparara, robi nam paparara
to robi nam górniczo hutnicza orkiestra dęta
robi nam paparara, robi nam paparara
to robi nam górniczo hutnicza orkiestra dęta
uważaj na zakrętach, nie pal tego skręta
robi nam paparara, robi nam paparara
to robi nam górniczo hutnicza orkiestra dęta
robi nam paparara
robi nam paparara
...

środa, 14 lutego 2007
Welcome to hell

Na stacji w Przedpieklu perony są długie, zakończone przejściem podziemnym na halę dworcową i do miasta. Przedpiekle jest co prawda Główne i Osobowe, ale dworzec jest tam mały, brudny i zatłoczony. Nie wiem czy nie bardziej niż ten znany mi z M.ST. Na peronie trzecim wysiadłem z ekspresu. Kawa w nim była paskudna. Jedna z najgorszych, jakie zdarzyło mi się pić w ekspresie. Cytotoksyczność porównywalna z cis-platyną.

Poszedłem na halę. Namierzyłem ścianę. Ściana dała fundusze. Wróciłem na peron. I tu nastąpiła KATASTROFA. Hydraulika puściła. Przez chwilę oniemiałem. Nie wiedziałem co zrobić. Jak zareagować. A proces przebiegał sobie niespiesznie niszcząc wszystko, co napotkał na swojej drodze. Nie ma gdzie się schować. Jestem jak na widelcu. Zacząłem przeciwdziałać. Znalazłem przyczynę. Zlikwidowałem. Ale nie odetchnąłem z ulgą. Katastrofa nie miała litości dla mojej garderoby. Przejrzałem plecak. Moja zwykła zapobiegliwość tym razem nie zadziałała. Zdusiłem rodzące się uczucia wstydu, bezsilności pchające mnie bezpośrednio w stronę paniki. Coś trzeba robić, bo jeszcze dwie godziny drogi. Dwie godziny upokorzenia, za którym mogą iść dodatkowe skutki uboczne. Coś TRZEBA zrobić!

Pierwszy pomysł - szmateks. Przedpiekle jest dużym miastem. Przy dworcu coś powinno być. Zebrałem się szybko w sobie i ruszyłem na poszukiwania starając się w miarę możliwości nie wyglądać. Szmateksu nie widzę. Ale jest jakiś ubraniowy butik. Pies drapał, nie ma co marudzić. Sprzedawczyni próbuje wydobyć ode mnie szczeguły garderoby. Zdaje się nie zauważać, że spieszy mi się jak diabli, że jedynym aktualnym marzeniem jest przedzieżgnięcie się w nowe szaty. Wszystko jedno jakie. Byle szybko. W końcu dochodzi do transakcji. No nie powiem, że zakupiłem szaty, choć ciut podobne do tego, w czym normalnie poruszam się w cywilizacji. Charakterystyczne białe lampasy sugerowały przynależność do pewnej silnie przeintelektualizowanej subkultury lokalnej. Cóż. Może uda mi się łatwiej wtopić w tłum? Choć przy poprzedniej terapii, gdy czoło zaczynało mi się tuż nad oczami, a kończyło się przedziałkiem nieco poniżej linii krzyża było by to znacznie łatwiejsze.

Pojawia się jednak inny problem. W tym sklepie nie mogę się przebrać. Ciepło na dworze to raczej nie jest. Mam. Dworcowy kibel. Chwała Bogu jest. Sytuacja opanowana w pełni. Oddycham z ulgą. Udaje mi się jeszcze od pracowników przybytku za jeden uśmiech wydębić torbę na zniszczone ubranie. Nie pytają. Po prostu pomagają. Rzut oka na zegarek. O kurcze ! - zaraz odjeżdża mój pociąg do Piekieł! Rany Boga! Biegiem!

Uff... zdążyłem. Autobus szynowy stoi spokojnie przy peronie, jakby nie zdając sobie sprawy z moich przygód w Przedpieklu. Powoli moje tętno wraca do normy. Szacuję straty. Walcząc ciągle z resztkami poczucia wstydu i nieadekwatności przepakowuję plecak. Autobus rusza. Ludzie wsiadają i wysiadają. Ściemnia się szybko. Niestety nici z obserwacji pięknych krajobrazów, z których słyną Piekielne Bramy. W ciemności wypatruję świateł kolejnych miejscowości. Miasto ArcyDiabła Władka, Kuźnie Piekielne - tu w dzień jest przepięknie. Teraz tylko łuny od świateł świeżo opalonych kotłów. Pod koniec podróży w pociągu poza obsługą zostałem ja i jeszcze jeden młody człowiek - prawdopodobnie poborowy Kompanii Piekielnej. Wjechaliśmy w las. Ogarniała nas ciemność. Tylko coraz intensywniejszy zapach siarki zapowiadał, że zbliżamy się do kresu naszej podróży. Wreszcie w oknie maszynisty autobusu zobaczyłem semafory wjazdowe na Piekielny Dworzec. W oddali świeżo opalone kotły i ostry zapach siarki, do którego powoli zaczynam się przyzwyczajać.

Wysiadam. Na peronie jakaś znajoma dusza rogata z transparentem "Welcome to Hel !!!". "Ech... kiedyż wreszcie w Piekle nauka ortografii angielskiej osiągnie jakiś rozsądny poziom" zmiąłem myśl po cichu, ale zaraz dałem się zanurzyć w radości, że to już jednak koniec. Że dalej nie ma już nic.

czwartek, 23 listopada 2006
Podróże z kotem

"Czy na tym dworcu zawsze musi tak śmierdzieć?" Pomyślał. "Mogło by sobie darować chociaż w tych prześwietnych godzinach przedświtnych". Jego pretensji do dworca na szczęście nikt nie usłyszał. Bo dworzec to Miejsce Święte. Nie można na niego psioczyć od tak sobie. Nawet jeśli to jest Ten Dworzec.

Stał gotów do podróży. Ubrany był tak jak lubił. Na zielono. Jego fantazyjny kapelusz budził ze snu świadomość innych podróżnych półprzytomnie przechadzających się po peronie. Obok w czerwonej obróżce przyglądał się światu Czarny Kot. W oczach miał tą słynną Obojętność wobec spraw Tego Świata charakterystyczną dla swojego gatunku.

Z megafonu padła zapowiedź wjazdu pociągu. Nie była w trzech językach. Tylko w jednym. Ale wystarczała by zrozumieć dokąd wybiera się skład, który za chwil kilka wjedzie na peron drugi. Na tablicy informacyjnej biało na czarnym pojawiła się nazwa miasta i godzina odjazdu.

Czarny Kot popatrzył na Swojego Człowieka. Swój Człowiek wziął Kota na ręce. Do tego w końcu służą ludzie.

Z lewej strony wynurzyły się światła zielonej lokomotywy. Miała trochę inny odcień niż kolor jego spodni, tak bardziej w kierunku jego polara. Z hukiem i rumorem pociąg wtoczył się na stację. Czarny Kot marzącym wzrokiem popatrzył na wagon pierwszej klasy. Niestety Swój Człowiek pokierował się ku wagonom bardziej kolorystycznie odpowiadającym jego gustom estetycznym. Tak na prawdę oczywiście wagonu nie dobierał pod kolor spodni, ale raczej pod pojemność swojego portfela. Aż głupio mu się zrobiło, że w takiej chwili do głowy przyszły mu tak prozaiczne myśli.

Nie było tłoku. Wsiadł spokojnie za grupą policjantów jak co tydzień eskortującą jakąś Bardzo Ważną Przesyłkę i zajął miejsce w przedziale dla nie palących. Palił bowiem w zasadzie wyłącznie ogniska. I to rzadko. A palenie ogniska w pociągu wydawało mu się niedorzecznością.

Z peronu doszła jego uszu krótka komenda kierownika pociągu: "Pięŧnaście sto jeden odjazd!". Lokomotywa zahuczała. Peron ruszył z miejsca. Przesuwał się początkowo leniwie. Potem zaczął przyspieszać. A gdy poruszał się już zupełnie szybko nagle znikł ucięty tunelem.

Czarny Kot ułożył się na kolanach Swojego Człowieka. Zamknął oczy. Zasnął.

piątek, 08 września 2006
AntyBurzowiec

Siedział przy komputerze długo. Wpatrywał oczy w rzędy cyferek. Niektóre przepisywał, inne wykasowywał. Rozpisywał, trawił rzędy liczb, przetwarzał rzędy w rządy. Którz zgadnie, czy robił bilans rachunków sieci handlowej DlaWielkichIdiotówOnly czy też tworzył podwaliny Kwantowej Teorii Wszechświata i Dwóch Białych Myszy, którą Ktoś potem nazwałby Wielką albo też ochrzcił Jego nazwiskiem. Oczy bolały. Krzesło uwierało w plecy. Ruszyłby się pewnie, ale w środku Dzieła przerywać nie wypada. To Kwestia Dobrego Smaku.

Zaskrzypiały drzwi. Półmrok jego pracowni rozświetlił dodatkowy snop stęchłego światła. Jednak ta chwila nastąpiła. I przestąpiła progi pomieszczenia Ulubiona Szefowa. To oznaczało jedno. Doczekał do nocnej zmiany. Zwykle wyczyn ten przekraczał jego ograniczone możliwości. To pobudziło go do działania. Wstał. Zebrał rzędy liczb w równe kupki, ustawił w szeregi, popakował do papierowych reklamówek i wepchnął do podręcznej walizeczki. Wolał za wczasu się usunąć. Wiadomo, że na nocnej zmianie Ulubiona Szefowa tworzyła takie rzeczy, przy których Teoria Względności Einsteina była cieniutka i blada. Nikt nie znał ich szczegółów. Na szczęście dla Wszystkich. Wszechświat mógłby bowiem nie znieść tej Wiedzy i rozpaść się w chmurę drobnych ostro zakończonych elementów lecących z dużymi prędkościami w sobie tylko znanych celach i kierunkach. Rozsądnie więc było nie poznawać Szczegułów. A On był rozsądny. No powiedzmy. Bywał.

Wyszedł na dwór. Wieczór wydał mu się pogodny. Ale tylko przez chwilę. Kiedy opuścił teren Bardzo Tajnego Instytutu Wielkich Odkryć Niewielkim Kosztem coś błysnęło. Ziemia zadrżała. Zdawało mu się, że widzi sto sześćdziesiąt centrymetrów wiedźmy lecące z prędkością zbliżoną do prędkości światła. Dokładny wymiar wiedźmy mógł się różnić o jakieś 2 centymetry - w obliczeniach trzeba uwzględniać relatywistyczny efekt dylatacji związany z tak wielkimi prędkościami. Zdawało mu się, bo wiedział, że czegoś takiego nie da się zobaczyć. Wiadomo. Zakrzywienie czasoprzestrzeni, te sprawy i jeszcze kilka aspektów numerycznych, tak trywialnych, że właściwie nie ma sensu o nich tutaj pisać. Prosta fizyka. Nic więcej. No może jeszcze jakieś drobne efekty nieliniowe. Ale wtedy właśnie zaczęło się.

Zagrzmiało. Przed pierwszymi kroplami ochronił go jego kapelusz. Wiadomo, że kapelusz dobrze chroni przed kapaniem. Ale kapało - w ścisłym tego słowa znaczeniu - tylko przez chwile. Krople rosły z minuty na minutę. I było ich coraz więcej. Światła przejeżdżających samochodów załamywaly się na ich powierzchniach tworząc fantazyjne halo. Przyspieszył kroku. Widział dla siebie tylko jeden ratunek.

Na przystanku stał już tłum ludzi szukających skrawka niemokrej przesrzeni. Samochody przejeżdżające obok rozbryzgiwały kałuże, co powodowało, że od czasu do czasu spod wiaty usłyszeć można było wiązanki słowno-muzyczne kilku zaprzyjaźnionych narodów, które w tym konkretnym momencie nie były zaprzyjaźnione z kierowcami mokrych bolidów.

W końcu pojawił się. Jedynie słuszny. Żółto czerwony. Z czerwonymi numerami. Bezwodna oaza w nieprzyjaznym burzowym świecie.

I wsiedli.
I ruszył.
Świat stał się znowu Piękny, Prosty, Bezpieczny i Uporządkowany.

czwartek, 31 sierpnia 2006
Z życia słomianego wdowca...

Życie słomianego wdowca ma swoje zalety i wady. Można na przykład zaprosić sobie stado bardzo przyjemnych gaszyc ("gaszyca" = "gach" rodzaju żeńskiego) rozmieszczając je oczywiście w oddzielnych szafach by sobie nadmiernie do oczu nie skakału i tych, że pięknych źrenic - w kolorach przeróżnych, za które między innymi cenimy ich urodę - nie wydrapywały przedwcześnie, ale...

Ale właśnie. Ani nasza Ziuta, ani nasza Gocha, ani nasza Stacha zwykle w swoich gaszycowych kontraktach nie mają wpisanego wyrąbywania przejścia w bałaganie umożliwiającego swobodną komunikację pieszą między wyjściem z naszego mieszkania, łóżkiem i stołem kuchennym (a po dwutygodniowej nieobecności Najlepszego Strażnika Porządku czyli Najlepszej z Żon jest to zadanie godne ciężkiego sprzętu budowlanego klasy buldożer, spychacz, może jakieś prace wybuchowe?).

Nie zniszczą wszakże nasze gaszyce przeurocze swych pięknych koafiur przy zmywaniu niebosiężnego stosu garów piętrzącego się w naszym zlewozmywaku (no tu też dojście trzeba by odgruzować, bo ostatnio statkami - zabrudzonymi mrożonkami jedzonymi na zimno w keczapie - rzucaliśmy od stołu bezpośrednio starając się w miarę możliwości trafić na szczyt tego kuchennego Mont Everestu, a nie zawsze znajdowaliśmy się w stanie umożliwiającym nam pewne trafienie i podwyższenie najwyższego szczytu kuchni).

Nie umieją obsługiwać gaszyce nowoczesne naszego urządzenia piorącego pamiętającego zamierzchłe czasy Wielkiego Geniusza Polskiego Socjalizmu Edwarda G., który w niebieskich więzieniach wciąż odsiaduje wyroki pańskie (oczywiście za niespłacone długi, których i tam już narobił). A pranie zrobione trzeba rozwiesić, a to rozwieszone zebrać. Tego też nie ujmują kontrakty gaszycowe, bośmy je spisywali w warunkach ograniczonej poczytalności naszej tak bardzo, iżeśmy żadnych drobnych druczków umieścić zdolni nie byli niestety... a kto wie, co zmyślne nasze gaszyce - wszakże nie gustujemy w prymitywnych bezmózgich samicach myślących wyłącznie o seksie i różowych ciuszkach - dopisały swoim druczkiem 6pt w naszych gaszych cyrografach...

Życie słomianego wdowca nie jest więc różami usłane, a jeśli nawet, to owe róże kolcami ranią nasze słomiano-wdowcze stopy boleśnie i krwią naszą wzmacniają barwy delikatnych pąków tych szlachetnych kwiatów.

wtorek, 15 sierpnia 2006
Ja wiedziałem że tak będzie.

Miałem iść spać a wpadłem w bloga jak śliwka w kompot. Ale już idę. Na prawdę. Przyrzekam.

Dobranoc.

poniedziałek, 24 lipca 2006
Gra

No i co? Bawimy się dalej? Najlepsza z żon pytała przez telefon czy jadę w przedziale z zakonnicą. O nie. Co to to nie. Zakonnica to to na pewno nie jest. Dziewczę młode, pewnie jakieś liceum albo coś takiego. Nie do końca w moim typie, ale z drugiej strony wcale nie wiem, czy tego przedziału nie wybrałem przez nią :-D.
Gra jest piękna. Zwłaszcza, że przez półtorej godziny jechaliśmy sami w przedziale. Oczywiście ja udaję, że ona mnie wcale nie interesuje, a ona udaje, że nie zauważa mojego niezainteresowania. Coś jest pociągającego w takich zabawach. Nie sądzę byśmy zamienili choć słowo zanim wysiądę (ona jedzie dalej, wcale nie podejrzałem, kiedy zupełnie "niechcący " machała swoim biletem rozmawiając przez telefon). Długa jeszcze droga w tym przedziale 1-wszej klasy. Długa oj długa.
Wyciągnęła kanapkę. Natychmiast i mnie zachciało się jeść. Zaczęła coś notować. Wytrzymałem może kwadrans nie wyciągając długopisu. O kurde! Ona kicha! Nie!!! Ja nie chcę!!! Ufff... Na razie mi się udaje zatrzymać na cichym pokasływaniu. Jeszcze 2 godziny jazdy przez sam środek Mazur. A swoją drogą ciekawe o czym ona teraz pisze. A może rysuje? Czasem tak śmiesznie bawi się ołówkiem.
Hmmm... czy ja jestem świnia? To, o czym teraz piszę, jest na pewno niezdrowe, niemoralne, niebezpieczne albo przynajmniej tuczące. :-D

poc. posp. "Biebrza" gdzieś między Gdańskiem a Ełkiem

poniedziałek, 10 lipca 2006
Spotkanie

Bardzo długo czekał na to spotkanie. Znali się już tyle czasu. Znali, ale nigdy nie widzieli. I dziś mieli się zobaczyć. Poranny pociąg wyjechał planowo. Mimo soboty ludzi nie było zbyt wielu. Komu w taki upał chciało by się podróżować w tym kierunku? W jego przedziale siedziały jeszcze dwie osoby. On, sprytnie pojechawszy na stację początkową pociągu zajął miejsce przy oknie i sugerował wsiadającym podróżnym, że miejsce na przeciwko od jej stacji będzie zajęte. Mimo wczesnej pory słońce zaczynało już ostro doskwierać. Siedział przy otwartym oknie pozwalając się owiewać rozpędzonemu powietrzu. Im bliżej był stacji, na której miała się dosiąść tym bardziej się denerwował. Jak to będzie. Jak ona zareaguje na niego. Jak on zareaguje na nią. Żeby za dużo nie myśleć próbował się skupić na prostych czynnościach. Liczył słupy trakcyjne. Nie pomagało. Zdenerwowanie nie chciało odejść. Już blisko. Już tylko kilka stacji. Tysiące razy wyobrażał sobie jak to będzie. Ale nie spodziewał się, że będzie aż tak zdenerwowany. Ma go poznać po kapeluszu. Dużo jej pisał o swoim kapeluszu. Ten, który wtedy nosił już dawno skończył swój żywot. Jego miejsce zajmował inny. Miął go teraz nerwowo w rękach.

W końcu pociąg wjechał na jej stację. Założył kapelusz na głowę. Do wagonu zaczęli wsiadać podróżni. Dużo ich. Do przedziału wtoczył się jegomość z walizą.

Czy są wolne miejsca?” spytał

Tak, wszystkie poza tym” odpowiedział wskazując na miejsce na przeciwko swojego. Podróżny zaczął z wyraźnym wysiłkiem ładować walizę na półkę.

Chwilę później weszła dziewczyna z niewielką torbą podróżną. Zlustrowała wzrokiem przedział i mijając podróżnego wciąż walczącego z walizą pewnym krokiem skierowała się na miejsce przy oknie.

To miejsce jest zajęte” powiedział do niej z nutką zniecierpliwienia w głosie.

Tak. Wiem. Dla mnie.” usłyszał w odpowiedzi. A więc to była ona. Pociąg ruszył.

***

Przedstawili się sobie. Tak wypadało. Początkowo żartowali nerwowo się śmiejąc, choć żarty obydwojgu wychodziły nie najlepiej. Potem napięcie stopniowo opadło. Zaczęli rozmawiać. To było na prawdę niesamowite. Widzieli się pierwszy raz a znali się tak dobrze. Przed kolejną stacją pociąg zahamował ostrzej. Żeby nie upaść oparł się o siedzenie tuż obok niej.

Przepraszam” powiedział i wziął ją za ręce.

Mogę?” spytał. Gestem głowy zgodziła się. Wrócili do rozmowy jakby nic się nie działo w między czasie. Nie zauważyli kiedy pociąg zatrzymał się na stacji. Ich niepokój wzbudziło miotanie człowieka z walizą.

O kurcze, chyba trzeba wysiadać” powiedział.

Już?” spytała wyraźnie nie zadowolona.

Ano już, niestety.” odpowiedział. Pomógł jej zdjąć z półki jej torbę. I ustawili się w korytarzu wagonu w kolejce do wyjścia.

Wiedziała, że on jedzie dalej. Dużo pisał jej o swoich długich i dziwnych podróżach. To właśnie była jedna z takich podróży. A ona wpadła do tego miasta załatwić kilka swoich spraw.

Kiedy masz następny pociąg?”

Za pół godziny”

Wiesz z którego peronu?”

Nie, muszę sprawdzić”

Podeszli do tablicy informacyjnej. Jego pociąg miał jechać z tego samego peronu.

Więc mamy jeszcze niecałe pół godziny”

Na to wygląda”

„Spotkamy się jeszcze kiedyś?”

„Nie wiem, zobaczymy. Chciałbym.”

Przysunęła się do niego i położyła głowę na jego piersiach. Objął ją jedną ręką a drugą zaczął gładzić jej włosy. „Wiesz, jesteś ładniejsza niż cię sobie wyobrażałem.” Uśmiechnęła się. Po chwili szepnęła „Jesteś na prawdę niezwykły.”

Przez megafony ogłoszono podstawienie jego pociągu. Wkrótce czyniąc dużo rumoru i hałasu skład wtoczył się na peron. Oni jakby go nie zauważyli. Stali przytuleni nic do siebie nie mówiąc. W końcu megafony zapowiedziały odjazd.

Chyba już musisz wsiadać” powiedziała. „A może chcesz, żebym został?” spytał nieco łamiącym się głosem. „Nie. Jedź.” Podeszli do drzwi wagonu i jeszcze raz się objęli. „Mogę cię pocałować ?” – spytała – „Mogę” odpowiedziała sobie sama i cmoknęła go w policzek.

Po chwili z boku usłyszeli głos konduktora „Państwo wsiadają czy zostają?”. Wsiadł. Podszedł do najbliższego okna. Pociąg ruszył. Nie machał do niej. Tylko patrzył. A ona patrzyła jak odjeżdża. Pociąg zniknął już dawno za horyzontem, a ona wciąż wpatrywała się w pustą przestrzeń.

Po kilku chwilach dotarło do niej, że łzy zasychają jej na policzkach. „No i prosze. Makijaż szlag trafił” powiedziała smutno uśmiechając się do siebie. Odwróciła się na pięcie i ruszyła w kierunku „Wyjścia do miasta”.

wtorek, 04 lipca 2006
Dwanaście walizek

Poranek zapowiadał nadejście upalnego dnia. Pan Iks szedł jak co dzień do autobusu, który miał zawieźć go do pracy. Lekki wiatr delikatnie szeleścił w liściach drzew. Jego uwagę przykuło pogwizdywanie dobiegające od najbliższej topoli. Zlustrował ją wzrokiem. Jest. Elegancki czarny kos wyśpiewywał swoje trele. Uśmiechnął się do ptaka, odgwizdnął mu cichutko i niespiesznym krokiem ruszył na przystanek.
Z bocznej uliczki wytoczyła się biała dwudziestometrowa limuzyna. Minęła przystanek wywołując zainteresowanie podróżnych czekających na autobus. Toczyła się powoli bucząc z cicha. Od przyciemnianych szyb odbijały się promienie porannego słońca. Pasażera widać nie było, ale kierowca z przedniego siedzenia wypatrywał jakiegoś charakterystycznego punktu.
"Ciekawe kogo tu przyniosło" zastanowił się Iks gdy samochód znikał za kolejnym zakrętem ulicy. Stanął na przystanku i z innymi czeka
ł na autobus. Do odjazdu zostało jeszcze kilka minut. Po kilku minutach zauważył wracającą limuzynę. Tym razem okno pasażera było otwarte i wyglądał z niego czarnoskóry jegomość w białym fraku. Murzyn lustrował oczekujących i od czasu do czasu spoglądał na jakieś zdjęcie. W końcu znalazł. "Pan Iks?" Zapytał z wyraźnym zamorskim akcentem pasażer limuzyny. Pan Iks popatrzył się na niego z niekłamanym zdziwieniem. "Tak, to chyba ja" - odpowiedział - "ale o co chodzi?"

"Czy znalazł by pan chwilę czasu dla mi?" zapytał łamaną z angielszczyzną polszczyzną murzyn usłużnie otwierając przed panem Iks drzwi limuzyny.
"W zasadzie to spieszę się do pracy" powiedział pan Iks.
"Podwieziemy pana" padło z limuzyny.
Wsiadł. Auto majestatycznie i powoli ruszyło z przystanku.

***

Pan Iks stał przed gmachem biurowca, w którym pracował. Obok, w równym rzędzie stało dwanaście białych skórzanych waliz. Wiedział co w nich jest. Przed chwilą wypakowano je z białej limuzyny. Każda z walizek była pełna zielonych banknotów. Okazało się, że w zeszłym tygodniu zmarł w Stanach Zjednoczonych daleki krewny Iksa, niejaki Gejts. I okazało się, że to właśnie on, Iks, jest jego jedynym spadkobiercą. I teraz on, Iks stał przed biurowcem a obok stało dwanaście walizek. Niedowierzając zajrzał do pierwszej z nich. Rzeczywiście pękaty bagaż pełen był zielonych papierków o dużych nominałach. Zajrzał do drugiej. To samo. "I co ja z tym wszystkim teraz zrobię?" pomyślał Iks. Jego ręce odruchowo zanurzyły się w walizce. Podniósł warstwę banknotów i wyrzucił je w powietrze. Ten gest znał ze starych tandetnych filmów. Było to jednak jedyne co przychodziło mu do głowy. Popatrzył jeszcze raz na walizki. Zamknął wieko walizy. "Jak ja to zaniosę do domu?" przemknęło mu przez głowę. Myśli kłębiące mu się nad głową uformowały się w bystry strumień i zalały mu umysł. "Czy będę musiał wyprowadziµ się na wieś, inwestować w akcje i obligacje?"."Co z Pyśkiem?" - wspomniał o ulubionym kundlu. "Że też kuzyn Gejts musiał akurat dziś przysłać mi te walizy." Nad głową Iksa przeleciało stado szpaków. Popatrzył na nie, potem jeszcze raz na walizy, odwrócił się na pięcie i poszedł na hamburgera. "W końcu mnie stać, prawda?" - pomyślał.

| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Popieram akcję ochrony doliny Rospudy
Ten blog jest optymalizowany do oglądania w przeglądarce Firefox przy rozdzielczości ekranu 1024x768 px.