Chth to chemioterapia. L to life. 73 to założona przeze mnie długość życia. Statystycznie nie żyję już od kilku lat więc może się uda.
piątek, 20 kwietnia 2007
System pilnuje swoich tajemnic

Zniknął kolejny blog medyczny, który bardzo lubiłem. To bardzo smutne. Znalazłem jego ślady, ale on zmienił charakter na niemedyczny. Znowu autorka dostała do wyboru od systemu albo pracujesz, albo piszesz. Wybrała pracę. Wybór zrozumiały choć smutne, że System jest aż tak skuteczny.

Zastanawiałem się nad motywami systemu. Czy jeśli np.: Mądra Pani Doktór zaczęła pisać bloga, w którym opisywała swoje perypetię z tym wariackim oddziałem, na którym leczy m. in. mnie. Gdybym się w tym blogu pojawił. Z rozpoznaniem jak sądzę nie było by większego problemu. Kto zna ten oddział ten zna wszystkie niuanse jakie na nim się zdarzają. Te zna te twarze i charaktery. Nie ma najmniejszego problemu z rozpoznaniem kto jest kto. Ale wracając do mnie. Jak ja bym zareagował na to, jak jestem widziany oczami lekarzy i pielęgniarek? Na pewno widzą we mnie też rzeczy zabawne, na pewno coś ich wkurza. Jak ja bym zareagował, gdybym natrafił na złośliwy opis sytuacji, której byłbym głównym bohaterem? Czy miałbym wystarczające poczucie humoru, by przejść nad tym do porządku dziennego? Mam nadzieję, że tak. Ale czy każdy tak by się zachował? Ludzie mają wszakże bardzo różną wrażliwość.To jest ryzyko med-blogów. Ale i tak lubię je czytać. To nie jest żaden Szpital w Leśnej Górze, tylko twarda rzeczywistość ludzi, którzy walczą o zdrowie, walczą z systemem, zwykle po mojej stronie.

Z drugiej strony przeraża mnie strasznie jedna rzecz. Że pewnego dnia usłyszę, w którymś ze szpitali "Panie Mac, od jakiegoś czasu obserwujemy pana bloga i jesteśmy wstrząśnięci jego treścią. Przedstawiasz pan nas w świetle nieodpowiednim, a wszakże my dla pana wszystko co się da, piersią niemalże karmimy, od ust sobie i innym chorym odejmujemy, żeby Pan miał. A pan nas tak brzydko opisuje. Panie Mac, o takich rzeczach się nie pisze, nie mówi, czy pan chcesz, żeby Ktoś miał przez pana problemy, panie Mac? Pana Dobroczyńcy mogą mieć POWAŻNE PROBLEMY, przez pana grafomanię. Zamknij panie Mac to swoje pisanie, bo MY będziemy zmuszeni zamknąć współpracę z panem i wyciągnąć konskwencję wobec osób zamieszanych w sprawę. Nie możemy tego tak zostawić. A zapewne sam pan potrafi sobie wyobrazić jakie będą tego skutki dla pana. Oczywiście szanujemy wolność słowa, ale sam pan rozumie. Pewne granice muszą być zachowane."

środa, 28 marca 2007
Demonstracja

Wstałem lewą nogą. Doprowadzanie mnie do stanu używalności trwało długo. Najlepsza z Żon też wstała lewą nogą. Ogólnie rano było wesoło.

Poszedłem przez park na pętlę. Zdziwiło mnie, że w stronę sejmu maszerują równe szeregi dzieci szkolnych w różnym wieku. Przecież dzisiaj demonstracje. Gdzie oni pchają tych maluchów??? Czyżby powrót do czasów "1-go Maja" i obowiązkowe wymarsze na manifestacje ? Dramat.

Na parkowym parkingu stado policyjnych suk i wozy do rozpędzania tłumów z armatkami wodnymi na dachach. Profilaktyka? Prewencja?

Na placu przy pętli punkt zborny demonstracji. Dużo flag białoczerwonych. Pro-patriotyczny handelek barwami narodowymi. Ostatnio najwyraźniej dobrze schodziły przed meczem drużyny narodowej, tu też można kilka złotych zarobić. Każdy orze jak może. Ktoś rozdaje prawicowe pisemka. Kolejna grupa dzieci z żąkilami maszeruje w kierunku sejmu. Średnia wieku różna, nie tylko słynne mocherowe sześćdziesiąŧki od Ojca Dyrektora. Czuję jakieś przerażenie jak to widzę.

Temat jest oczywiście jeden. Aborcja. Ochrona życia nienarodzonych, jeśli ktoś woli. Ja mam bardzo mieszane uczucia w tej kwestii. Z jednej strony nie jestem zwolennikiem wolnego usuwania ciąży "na rządanie" - to rzeczywiście jest życie i nie wolno go od tak niszczyć, bo się pani wpadło. W końcu są środki antykoncepcyjne, mamy tzw. XXI wiek. Z drugiej strony są sytuacje gwałtu, są sytuacje zagrożenia życia matki i wiele innych, gdy po prostu nie chciałbym musieć decydować co robić. Kogo ratować. Kto ma większe prawo do życia - dziecko czy matka. Myślę, że każdą taką sprawę trzeba analizować odrębnie i nie można zamykać w prostym paragrafie.

Idee antyaborcyjne często łączy się z zagadnieniem kryzysu demograficznego. Z faktem, że niedługo nie będzie komu zarabiać na emerytury dla starzejącego się społeczeństwa. Tylko że pomysły na demografię w wykonaniu obecnych Władz nie mają nic wspólnego ze świadomym macierzyństwem. Wręcz przeciwnie - zdaje się, że Władze są zwolennikami dzieci "z przypadku", tzw. pomyłek przy pracy. Dzieci, których rodzice nie dorośli do macierzyństwa. Czy na pewno chcemy mieć takie społeczeństwo "z przypadku"? Rozumiem, że liczy się każdy grosz na ZUS dla staruszków (za 20-30 lat). Tylko, czy wtedy na każdy z tych groszy nie będzie trzeba wydać złotówki na policję i zakłady karne dla niewłaściwie wychowanych właśnie co dorosłych dzieci? Nie ma wszakże żadnych działań, które ułatwiały by obecnie wychowywanie dzieci. Osiedlowe Domy Kultury tam gdzie się zachowały ledwo przędą, a jeszcze pojawiają się radosne pomysły likwidowania (!!!) przedszkoli. Dziwna ta polityka prorodzinna jest. Wcale jej nie mogę zrozumieć.

Kolejna rzecz to spojrzenie z metapoziomu. Obecnym władzom potrzebny jest wróg. W ogóle nasze społeczeństwo lepiej działa jak ma wroga. Lepiej działa przeciw. Wrogiem może być ktokolwiek. Byle był. Byle można powiedzieć, że ktoś/coś jest złe i przeciw temu można wystąpić. Marzy mi się sytuacja, w której nasz naród zmobilizuje się wokół czegoś pozytywnego. Wokół idei budowania, tworzenia, a nie przeciw aborcji, obwodnicy (tu akurat sam jestem przeciw), agentom itd. itp. Ale to chyba jeszcze nie ten etap rozwoju społecznego. Więc może to dobrze, że jest coś, wokół czego ludzie się jednoczą. Może to lepiej niż jakby każdy biegł w swoim kierunku i załatwiał swoje sprawy. Tylko kurcze nie podoba mi się jakie to są sprawy niestety. Zwłaszcza w tym konkretnym przypadku.

O. I tyle mi się nazbierało po tym jak sobie popatrzyłem na przygotowania do dzisiejszej demonstracji Rydzykowców.

sobota, 02 grudnia 2006
Wygrali (śmy?)

Słucham ja sobie jak to się pięknie mówi o tym, że wygrywamy w siatkówkę. A to z Rosjanami, a to z Serbami a to z Bułgarami. I zadaję sobie pytanie jakie MY u licha? Ja Bułgara ani Serba to nawet na oczy chyba dobrze nie widziałem w naturze, a co dopiero wygrywać z nim w siatkówkę. Ja ze wstydem się przyznam, że piłki żadnej w rękach nie miałem od roku niemalże, a tej od siatki to uuuu.... chyba od liceum. Boleję nad tym, ale taka jest prawda smutna. A zdaje mi się, że wielu tych zwycięzców, co to rozłożyli na łopatki tuzy światowej siatki i zapewne nieliche manto siatkarskie spuszczą również biednym Brazyleiros nie ruszając oczywiście szanownych czterech liter i latami pasionego browarkiem brzusia sprzed telewizora, miało by znacznie większe problemy ze stwierdzeniem kiedy owej piłki dotykali własnemi ręcamy.

Nasza drużyna wygrywa? BRAWO!

Ale to nie my wygrywamy. Przynajmniej z własnym lenistwem. No chyba, że znowu "usiekliśmy Bohuna".

sobota, 05 sierpnia 2006
Lekarskie

Ostatnio zaglądam coraz częściej na blogi lekarzy. W tym tych, którzy mają do czynienia z nowotworami. Ciekawi mnie ich spojrzenie, ich podejście. Leczę się u ich kolegów i koleżanek. Często nie potrafię zrozumieć dlaczego zachowują się tak jak się zachowują. A chciałbym. Było by mi łatwiej.

Często próbuję zrozumieć moich lekarzy. Nigdy sam nie został bym lekarzem. A zwłaszcza onkologiem. Bez wsparcia z zewnątrz (systemowo chyba nie ma żadnych rozwiązań wsparcia psychologicznego dla onkologów w moim szpitalu lub są one bardzo głęboko ukryte) wrzuceni w wir fabryki zdrowia, noszą w sobie złe wieści. Usiłują wspierać, ale nie wiedzą jak to robić. Wypaleni kontaktem z ludźmi, którym nie potrafią pomóc. Chcą. Próbują. Ale nie potrafią. Kolejna wznowa u piętnastolatka. Która to już z kolei. U którego to już z kolei. Rokowania rok - dwa lata przy odrobinie szczęścia. Do pacjenta uśmiech i nieśmiertelne "Wszystko będzie dobrze". Dla rodziny grobowe wieści. Reszta w siebie. Ile tak można wytrzymać i niezwariować? Czy to zatem dziwne, że nie chcą zbyt szczerych kontaktów z nami-pacjentami? Czy dziwi przyklejony uśmiech? Czy to takie dziwne, że uciekają przed nami? Że nigdy nie ma dla nas czasu, kiedy nie jest to niezbędnie konieczne?

Pani doktor zwierza się pacjentowi jak jest jej trudno. Kto tu kogo wspiera?

"Płaczesz? Na pewno się zaraz załamiesz. Boże - tylko nie płacz. Tylko nie to. Co my wtedy zrobimy? Bo on jest taki słaby psychicznie."

Pan doktor po ostatnim naświetlaniu zostawia piętnastolatka w gipsie bez słowa. Na wypisie czeka "opieka paliatywna w miejscu zamieszkania". Młody dopytuje się kiedy ma następny termin naświetlań. Nikt nie chce mu wytłumaczyć. Nikt nie chce z nim rozmawiać. Dwoje młodych lekarzy na obchodzie z oburzeniem konstatuje niewłaściwe zachowanie kolegi. Ale też niczego nie tłumaczą. Inni pacjenci też odwracają głowę. Chociaż oni już rozumieją.

Kobieta w korytarzu wpada w histerię. Przed chwilą, może minutę wcześniej na tymże korytarzu dowiedziała się o nawrocie choroby. Była dzielna. Jak wszyscy na tym oddziale. Ale ile można być dzielnym?

Psycholog jest wzywany tylko wtedy kiedy zaczyna się na prawdę jakiś dramat. Sam z siebie nie zjawia się. Ale czemu się dziwić, skoro jest on jeden na cały ten kombinat. Jeżeli nawet przeglądając strony internetowe szpitala nie można znaleźć żadnej o nim informacji.

Podziwiam tylko kapelana. Ten facet jest tu co drugi dzień. Nie nawraca. Przychodzi. Uśmiecha się. Próbuje zagadać. Zaprasza na mszę. Wyczuwa kiedy ma się wycofać, choć potrafi też wdać się w ostrą dyskusję. Nawet jeśli niektórzy pacjenci z niego drwią. I daje radę pojawiać się regularnie. W całym szpitalu. On ma powołanie.

Cholera. Czytam to co napisałem. Chciałbym, żeby to była choć częściowo fikcja. Żeby to były moje wymysły, dąsania i marudzenia. Ale ja przy tym wszystkim byłem. Bardzo nie chciałem tego widzieć. W tym uczestniczyć. To na pewno nie wpływa pozytywnie na mój dobrostan psychiczny. Mój i innych na oddziale. A podobno jest on bardzo ważny w leczeniu. Ale nie ma takiej pozycji w kontraktach z NFZetem jak dobrostan psychiczny.

Leczę się ponad 5 lat. Nic się nie zmienia. Przychodzą lekarze. Odchodzą lekarze. Przychodzą pacjenci. Odchodzą pacjenci. Fabryka pracuje. Lepiej nie zatrzymywać linii produkcyjnej puki działa. Byle jak, że byle jak ale działa. Lepsze jest wciąż wrogiem dobrego.

wtorek, 01 sierpnia 2006
Litość

Co to jest litość?
Czy to coś złego czy to coś dobrego?
Czy to dobrze być litościwym?
Czy dobrze korzystać z cudzej litości?

To mnie ostatnio zastanowiło. Ktoś mi zwrócił na to coś uwagę.
Litość to rodzaj uczucia. Lituję się nad kimś, kiedy jest mi tej osoby żal. Kiedy chciałbym jakoś pomóc.
To zgadza się z definicją słownikową (Słownik Języka Polskiego PWN):

"litość ż V, DCMs. ~ści, blm «uczucie żalu nad kimś, współczucie dla kogoś, chęć przyjścia mu z pomocą»

Litość dla sierot.
Budzić litość.
Okazać komuś litość.
Powodować się litością.
Pomóc komuś z litości.
Nie mieć nad kimś litości.
Zdjęty litością.
Litość bierze, budzi się na czyjś widok.
Bez litości «okrutnie, srogo» ◊ Na litość (boską); przestarz. przez litość «wyrażenie wykrzyknikowe będące wyrazem przestrachu, oburzenia itp.»

Ale z drugiej strony jest coś niepokojącego w słowie litość. Coś, co mówi ty - litujący się - jesteś silny. On - nad którym się litujesz - jest słaby. Ty pokazujesz mu swoją moc. Wzmacniasz swoje poczucie wartości jego kosztem. A osoba korzystająca z litości jest co prawda słabsza, ale może chce cię wykorzystać? Naciągnąć?

To ciekawe w sumie. Bo z jednej strony "litościwy" ma dawać - jest silny, a z drugiej strony boi się, żeby go "litościobiorca" nie okradł - a więc jest słaby! Takie czasy?

A może to już trochę zbyt daleko idące? Może to już nie jest litość? Może to już zupełnie co innego? Może właśnie trzeba by się trzymać definicji słownikowej i nie dołączać do niego znaczeń, które dołącza do tej definicji kultura?


środa, 19 lipca 2006
O co w tym wszystkim chodzi?

[Realia amerykańskie.]

Ze wstępu do pewnego ciekawego artykułu z Nature (Odtwarzam z pamięci więc może być nie dokładnie):

Pamiętam kiedy w dzieciństwie miałem świetnego nauczyciela matematyki. Przedmiot ten powoli stawał się moją pasją. Kiedyś wróciłem do domu i powiedziałem o nim mojej matce. "Ale on przecież jest czarny!" usłyszałem w odpowiedzi na swoje zachwyty. Nie rozumiałem o co chodzi. Mówiłem jej o moim ulubionym nauczycielu. Rzeczywiście był on afroamerykaninem. Zupełnie nie miało to dla mnie znaczenia. Istotne było to, że w pasjonujący sposób przekazywał mi wiedzę matematyczną

***

[Teraz wracamy do Polski.]
W gronie rodzinnym rozmawiamy o naszych przyjaciołach. Pada nazwisko osoby, która jest nam bardzo bliska. Na prawdę super człowiek. Nazwisko, które kończy się na "stejn". Ktoś z rodziny zauważa ze zdziwieniem i lekkim wzburzeniem w głosie "Ależ to przecież Żyd!". "Ee?" dziwimy się. Nigdy tak o tym człowieku nie myśleliśmy. I zaczynamy tłumaczyć, że to przecież Polak z dziada pradziada. Po czym zastanawiamy się. O czym my do jasnej anielki mówimy? A nawet jeśli Żyd, to co? Na macę nasze dzieci porwie? Krew nam wypije? Nie. Ten człowiek pomógł nam w życiu tak wiele razy, że własnej krwi byśmy mu nie skąpili gdyby okazała się potrzebna.

***
"Zanim to panu ktoś za moimi plecami powie, wolę to panu powiedzieć od razu sama. Jestem Żydówką".
Cudowna kobieta. Niemal święta. Podjęła ryzyko, którego nikt inny nie próbował podjąć. Wszyscy znajdowali jakieś wytłumaczenia, że tego się zrobić nie da. Ona też mówiła, że się nie da. Ale spróbowała. I się udało. Jej się udało.

***
Idę ulicą. Widzę znak swastyki namalowany farbą na murze. Myślę, o człowieku który go malował. "Chłopie, gdybyś spotkał tego, kto na tej ziemi pod tym znakiem chodził sześćdziesiąt kilka lat temu, mógłbyś zostać zastrzelony tylko dlatego, że jesteś słowianinem a nie Niemcem."

***
Czytałem o pogromie Kieleckim. Ja nie jestem w stanie zrozumieć o co tym "chrześcijanom" chodziło. Nie widzę tej granicy, która dla nich była oczywista. Granicy, za którą przebywanie oznaczało wyrok.

***
Moja mama zawsze mi mówiła, żeby nie dzielić ludzi na Polaków, Żydów, Francuzów czy Niemców. "Jeśli już musisz, to dziel ludzi na dobrych i złych".

***
Czy ktoś potrafi powiedzieć o co w tym wszystkim chodzi?

wtorek, 18 lipca 2006
Uśmiechnij się człowieku !

Łażę sobie w moim kapeluszu po ulicach m.st., wycieram sobą przystanki autobusowe i tramwajowe, przedzieram się w gąszczu stołecznych wieżowców i wydaje mi się że coraz więcej osób się uśmiecha. Nie wiem, czy to przez ten mój słynny kapelusz (łatwiej się uśmiechać do łysego faceta w kapeluszu?), przez piękne (czasem aż do bólu) lato, a może winny jest mój dobry nastrój, który prześladuje mnie od jakiegoś czasu (i bardzo mi tak z nim najlepiej), ale zauważam na ulicach coraz więcej zadowolonych ludzi. Uśmiechają się do siebie, stoją objęci, całują się na przystankach, w autobusach, na peronach. Czasem zazdroszczę tym młodym chłopakom ich pięknych dziewczyn. Czasem i mi udaje się skraść uśmiech jakiejś pannie niebrzydkiej. Czasem jakiś berbeć śmieje się do mnie chowając się za spódnicę swojej mamy.

To bardzo fajna sprawa móc uśmiechać się do ludzi. Choć bardzo wielu odwraca wzrok, lub udaje że nie zauważa. Choć najpierw trzeba się przebić przez pokłady własnej nieufności i poczucia bezsensu. Choć uśmiech najpierw trzeba znaleźć w sobie.

Siedzi się czasem w tym metrze czy innym tramwaju, patrzy się w tą książkę czy inną gazetę. Byle nie na ludzi. Byle nikt nie zaczepił. Byle dali spokój. I wiezie się to przygnębienie przez miasto. Tą nieufność. Przekonanie o wrogości całego świata. A świat, co prawda potrafi walić w mordę nieziemsko, ale umie również się pięknie uśmiechać.
Czasem warto zaryzykować.

:-D

wtorek, 11 lipca 2006
Marzenia

Kilka dni temu znalazłem w czyimś blogu sformułowanie "powinienem marzyć". Zastanowiło mnie to. Czasownika od powinności (właściwie nawet nie wiem jak utworzyć od niego bezokolicznik, taki to drański czasownik) straszliwie nie lubię. Wyraża coś, czego we mnie nie ma, a co ma się mnie tyczyć w związku z wiszącymi nade mną zasadami, kajdanami stereotypów i uogólnioną niewolą babilońską (nie - bynajmniej nie w znaczeniu antyglobalistycznym). A marzenia to dla mnie wcielenie wolności doskonałej. Coś z definicji nieograniczone. Jak zatem można powiedzieć "powinienem marzyć"? Jest w tym jakaś koszmarna wewnętrzna sprzeczność, ujarzmienie wolności, wsadzenie jej w ramy stereotypów. Ja nie wiem jak inni, ale ja marzę po to, by tym stereotypom uciec, w tym m. in. stereotypowi, że rak oznacza śmierć, że chory na raka musi być cierpiętnikiem z miną zbolałego torbacza, że stoi na skraju załamania nerwowego. Marzenia pozwalają uciec od tych wszystkich spraw.

Dyskusja z autorem tamtego bloga wyjaśniła mi skąd wziął się ten dziwny dla mnie konstrukt. Otóż autor swoje marzenia bezwzględnie łączy z możliwością i prawdopodobieństwem ich spełnienia. Powinien marzyć w określony sposób, bo nałożenie ram powinności chroni go przed generowaniem marzeń-nie-do-spełnienia, przed tym, że jeśli się nie spełnią on będzie cierpiał. Dla niego marzenia muszą się spełniać. I na tu tkwi cała pułapka. Moje marzenia mogą się spełnić. Nie muszą. Spełnienie marzeń jest wielkim świętem. Czymś na prawdę nadzwyczajnym. Ale ten fakt nie jest konieczny do tego by marzyć. Ba - niektóre marzenia-nie-do-spełnienia bywają piękniejsze i dają dużo więcej radości, niż te, które ma się w zasięgu wzroku. A czasem okazuje się - a zdarzyło mi się to już kilka razy - że te marzenia-nie-do-spełnienia ni z gruchy ni z pietruchy nagle okazują się zupełnie realne i w zasięgu nie tylko wzroku ale i rąk. Po prostu nagle pojawia się możliwość, której istnienia nigdy bym nie przewidywał. Chwytam ją i marzenie się spełnia. I wtedy dopiero jest pięknie.

Nie spełnienie marzenia nie jest jednak żadną tragedią. Jest niejako wliczone w koszty. Nie jest dobrze kiedy metoda osiągnięcia marzenia przesłoni samo marzenie. Nie jest dobrze, kiedy człowiek dążąc do spełnienia marzeń zaczyna je przeklinać, bo droga do nich, którą wybrał wymaga zbyt wielkich poświęceń. Wtedy trzeba rzucić tą drogę. Dać sobie odpocząć od zdobywania tego marzenia. Zastanowić się nad innymi drogami. "Nic na siłę". Realizację niektórych marzeń lepiej zostawić na lepsze czasy, grzać się nimi tylko w myślach. Bo między innymi po to są marzenia, żeby człowiekowi było z nimi przyjemnie. I o tym warto pamiętać.

Pewnym zagrożeniem jest tu także coś, co poznałem pod nazwą "Syndromu impotenta". Działa to zgodnie z zasadą "Im bardziej chcesz tym mniej możesz" i nie tyczy się wyłącznie spraw łóżkowych. Bardzo często doświadczałem tego w życiu, że im bardziej chciałem spełnienia jakiegoś marzenia, tym bardziej to marzenie się ode mnie oddalało. A gdy trochę "odpuszczałem", czasem nagle okazywało się że pojawiają się nowe drogi, drogi których poprzednio nie widziałem, a którymi wygodnie mogę dojść do realizacji danego marzenia. Znaczy chcieć "za bardzo" nie jest dobrze. Przydaje się odrobina dystansu. Oczywiście niech nikt nie myśli, że to jest proste. To bywa na prawdę bardzo trudne.

Czasem niestety spełnienie marzenia nie spełnia wiązanych z nim oczekiwań. Świat nie staje się tak piękny jak nam się wydawało. Przychodzi rozczarowanie. Trzeba sobie z tego zdawać sprawę, że tak może być. To jest ryzyko podejmowania próby spełnienia marzenia. Ale jak mówią angole "no risk - no fun". Czy zatem nie warto próbować spełniać marzeń? Moim zdaniem warto. Bo co prawda istnieje ryzyko, że spełnione marzenie nie przyniesie wiązanych z nim pozytywnych nadziei, ale istnieje równe prawdopodobieństwo, że będzie odwrotnie. To jest klasyczny problem z cyklu "czy szklanka jest do połowy pusta czy do połowy pełna".

I rzecz jeszcze jedna, na którą trzeba być przygotowanym spełniając marzenia. Nie należy się oszukiwać, że spełnianie marzeń nie ciągnie za sobą kosztów. Czasem człowiek ponosi niespodziewane koszty spełnienia swoich marzeń. Trzeba się zastanowić czy warto te koszty ponieść. Czy nie ma innej, "tańszej" drogi. Czasem okazuje się, że jest. Nie po to marzysz, by cierpieć.

Kiedy się spełnia marzenia idąc właściwą drogą człowiek czuje pewien rodzaj uniesienia. Czuje ból. Płaci wszystkie rachunki, które wystawia mu los na drodze, którą wybrał. Ale wizja, która go niesie sprawia, że to wszystko przestaje być ważne. Bo ważne jest właśnie marzenie. Można wtedy zrobić na prawdę wielkie rzeczy. A spełnienie marzenia powoduje, że kolejka marzeń przesuwa się, i te, które do tej pory miały status marzeń-nie-do-spełnienia stają się coraz bardziej realne.

Żeby być ścisłym powinienem najpierw napisać co to jest według mnie marzenie. Ale wyszło tak, że uczynię to na końcu. Lepszy rydz niż nic. Marzenie moim zdaniem jest to taka myśl, a właściwie wyobrażenie, która dotyczy mniej lub bardziej określonej przyszłości, mówi o tym co mogło by się zdarzyć (przy czym w najogólniejszym przypadku nie ma mowy o prawdopodobieństwie - można marzyć o rzeczach zupełnie nieprawdopodobnych np.: "urosną mi skrzydła i będę latać" lub znikomo mało prawdopodobych np.: "wygram miliard dolców w totka") i którego wygenerowanie powoduje w marzycielu pojawienie się poczucia przyjemności. Przy czym zaznaczam, że marzyciel wcale nie musi być elementem swojego marzenia. Można marzyć by ktoś inny coś zrobił, albo by coś się stało (ja np.: marzę, by ten cholerny upał wreszcie się skończył :-D). Marzenia pozwalają wyznaczyć sobie cele w życiu i pomagają je realizować. Nie wiem, czy udało mi się w pełni zdefiniować marzenie, jeśli ktoś z czytelników używa innej definicji to jestem jej bardzo ciekaw i bardzo proszę o zostawienie jej w komentarzach.

Gdzieś na ulicy widziałem reklamę "Przestań marzyć, zacznij żyć". To jest paskudna reklama. Ja proponuję, by zmienić ją na "Żyj i nie przestawaj marzyć".

wtorek, 13 czerwca 2006
Starzy ludzie w autobusie

Zawsze mam problem natury moralnej kiedy wsiadam do autobusu. Mam poczucie, że powinienem ustępować miejsca starszym. Tymczasem mnie to może dość dużo kosztować, zwłaszcza teraz, kiedy zaczęły się upały. Boję się ich niezrozumienia, ich karzącego wzroku patrzącego na mnie, faceta w fantazyjnym kapeluszu, który zajmuje przynależne im z racji wieku i innych zasług dla społeczeństwa miejsce siedzące. Wszakże młody jestem i jeszcze się nasiedzę. Zdejmuję wtedy kapelusz. Mam nadzieję, że mój łysy łeb coś im uświadomi. Ale to chyba do nich nie dociera. Nie widzą wypadających rzęs i brwi. Mają za słabe oczy. W myślach powtarzam kwestie, które wypowiem gdy zwrócą mi uwagę, że to nie wypada by oni stali a ja siedział. "Jestem w trakcie bardzo ciężkiego leczenia i nie mogę długo stać". "Jestem chory na raka". I bardzo mi nie dobrze z tymi myślami. A oni patrzą. Nic tylko patrzą.

W sumie ich rozumiem, kilka razy wracałem z chth zapchanym autobusem. I nie było mi fajnie. Ale w krytycznej sytuacji zawsze można poprosić, by ktoś ustąpił miejsca. Nie widziałem, by proszona osoba w takiej sytuacji odmówiła. Sam raz korzystałem z tej możliwości. Ale u nas, w Polsce, "prosi to się świnia". Im NALEŻY się miejsce. Poprosić to znaczy okazać się słabym więc lepiej tego nie robić. Ech jak ja nie lubię takich akcji, jak ja nie lubię tych starszych pań, które nie mają siły stać, a mają siłę przez kwadrans wyrzekać na kulturę "dzisiejszej młodzieży".... Co ciekawe prawdziwe staruszki, po których dobrze widać wiek zwykle uśmiechają się i mówią coś w stylu "ależ dziękuję, ja tylko jeden przystanek". Gdzieś między 60-cio a 70-ciolatkami jest przepaść kulturalna. No tak, te prawdziwe staruszki to pewnie jeszcze stara dobra kulturalna PRZEDWOJENNA glina, a młodsze panie starsze to już siermiężny PRL. Czy to o to chodzi?

piątek, 09 czerwca 2006
O Paltociku

Podejrzewam, że wszyscy znają tzw. bajkę o paltociku. Pal, to ci ku... płuca odpadną.

Zawsze byłem przeciwnikiem palenia. Niemal organicznym. Mimo to nie próbuję nawracać palaczy, bo wydaje mi się, że sprawa jest beznadziejna. Jeśli przed Centrum Onkologii stoją tłumy pacjentów i ich rodzin z kopcącymi kiepami w rękach, jeśli lekarze onkolodzy i pielęgniarki opiekujące się chorymi na nowotwory palą to chyba nic nie jest w stanie przezwyciężyć nałogu.

Uważam, że niepalący są w naszym kraju dyskryminowani przez palących. Lokali dla nas jest mało, a te w których są wydzielone przestrzenie dla niepalących nie są odpowiednio wentylowane i bardzo często mimo, że siedzi się u niepalących to i tak trzeba wdychać opary dymu snujące się po całym lokalu. Kuriozum jest jeden z lokali Pizza Hut, gdzie co prawda dobrze zrobiona sala dla niepalących, ale żeby pójść do toalety trzeba najpierw przepłynąć przez zasnutą dymem salę dla palaczy. I znowu nie jestem zwolennikiem całkowitego zakazu palenia w miejscach publicznych. Zwolennicy dymku powinni mieć możliwość zapalenia w miejscach dobrze do tego przystosowanych, tak, by zaspokoić swoje potrzeby nie szkodząc niepalącym.

Palacze są przekonani o swoich prawach do smrodzenia. Co z tego, że w pociągach są przedziały dla palących, a w przejściach między przedziałami nie wolno palić? Palacze siedzą u niepalących, a gdy ich przyciśnie ładują się na korytarz i tam puszczają dymka. A że komuś to przeszkadza? Wolnoć Tomku w swoim domku.

Poza tym wydaje mi się, że prawo zakazujące palenia w miejscach publicznych w naszym kraju się nie sprawdzi głównie dlatego, że i sami prawodawcy i stróże prawa w znacznym stopniu sami są nikotynistami. To tak jak nigdy nieskuteczne będzie pilnowanie, żeby uczniowie nie palili przez nauczycieli - palaczy. Przykład idzie z góry.

Ja co prawda podejrzewam się o jakąś lekką psychozę na punkcie papierosów. Zwłaszcza palonych przez płeć piękną. Pamiętam jak kiedyś niemalże zaatakowałem koleżankę M. (oj dawno to było, a przypomniało mi się, bo M. ostatnio do mnie dzwoniła chyba po 6 latach nie widzenia się), która z próbowała coś do mnie powiedzieć z kiepem w ręku. Wogóle przez dłuższy czas tak miałem, że jak jakaś panna rozmawiając ze mną próbowała zapalić to stawiałem ultimatum - albo chce dyskutować ze mną albo palić. Potrafiłem przerwać rozmowę i uciec jeśli panna zignorowała ostrzeżenie. Paląca dziewczyna wywoływała we mnie tak bardzo silne i nieprzyjemne emocje. Właściwie to nie wiem czemu. Jak to był facet to mi tak nie przeszkadzało (znaczy poza generowanym smrodem). Teraz to trochę osłabło, ale nadal trudno mi rozmawiać z palącymi młodymi dziewczynami. Jest to gdzieś bardzo głęboko we mnie i nie podlega żadnym racjonalnym argumentom. Bo rozumowo rzecz biorąc nie widzę powodów dlaczego miało by mi bardziej przeszkadzać palenie babek (zwłaszcza młodych) niż facetów. Ale przeszkadza.


| < Luty 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28          
Popieram akcję ochrony doliny Rospudy
Ten blog jest optymalizowany do oglądania w przeglądarce Firefox przy rozdzielczości ekranu 1024x768 px.