Chth to chemioterapia. L to life. 73 to założona przeze mnie długość życia. Statystycznie nie żyję już od kilku lat więc może się uda.
wtorek, 17 lipca 2007
Zgotowałem się

Rano powrót bólu. Na szczęście na umiarkowanym poziomie. Udało się to spacyfikować. Prawdopodobnie przy upale szybkość uwalniania leków przeciwbólowych z plastra jest szybsza i moje plastry oddały co miały. Wymiana na nowe załatwiła sprawę, choć pobudka o 5 rano nie była przyjemna. Potem jeszcze czas na zastartowanie, jeszcze kilka paskudnych skurczy w brzuchu. Jeszcze kilka przygód z wnętrznościami i decyzja: nie idę do roboty. Za dużo tego wszystkiego. Upał nie do wytrzymania.

Startujące plastry ogłupiają, a tu jeszcze wizyta u lekarza. Ważna. Załatwiona. Wynik: będzie lekka chth od przyszłego tygodnia. W zasadzie niewiele więcej do mnie się przebiło przez ten upał. Ale ta wiadomość jest dobra. Co prawda nie wiem jak to wszystko wytłumaczę Mądrej Pani Doktór. Czy nie poczuje się urażona, że szukam pomocy poza nią. Mądrzej jednak chyba będzie współpracować z tym lekarzem. Wydaje się solidniejszy, a ma do tego swoją markę specjalisty. No i chce pomóc. Nie załamuje rąk. Jeśli jest szansa - to trzeba z niej korzystać.

Powrotną drogą dołączam do spotkania Najlepszej z Żon z Naszą Wspólną Znajomą Emigrantką. Świadomość jest gdzieś obok. Jest za gorąco. Rej wiedzie Najlepsza z Żon. Dosiada się O.M.C. Szwagrowa. Jest wesoło. Jestem z nimi, ale gdzieś obok. Godzę się z tym. Trudno. Tak musi być. Mogę z nimi być tylko tak jak jestem. One chyba też to przyjmują. Bo cóż więcej da się zrobić. Czekam na ochłodzenie.

Każdy ból odczuwam jako przegraną. Trudno mi się z nim pogodzić.

niedziela, 15 lipca 2007
Coraz mniej mi się podoba.

Po w miarę spokojnym i dobrym dniu poszliśmy na spacer do parku. Wieczorem, jak już upał zszedł. 500 m do ogródka piwnego (ja na herbatę). W jedną stronę jakoś poszło. Piwo było dobre (podobno), herbata też jakoś weszła. Problemy zaczęły się z powrotem do domu. Tak wesoło to dawno nie było.
Zaczynam się poważnie bać najbliższych dwóch dni. Ale może z Grubym Józkiem jakoś przetrzymam. W środę jest szansa na deszcz.

sobota, 14 lipca 2007
Kolejna noc, kolejny kryzys
No i niestety znowu chodziłem po ścianach. Wczoraj wieczorem pomógł dopiero drugi młotek. Nie brałem do tej pory takiej ilości różowych młotków w jednym rzucie. Ale po jednym było dokładnie tak jakbym niczego nie brał, więc po pół godzinie wziąłem drugi. W nocy pobudka na kolejne tabletki - młotek jest punktualny - działa dokładnie 4 godziny i ani minuty dłużej. Rano znowu na bólu. Na szczęście przekonsultowałem się u lekarza i udało się ustawić środki przeciwbólowe tak, żeby działały. Jestem przytłumiony, ale układ młotków działa sprawnie i teraz już nic nie boli (odpukać w niespakowane bity).
Z niepokojem czekam na obiad. Ma być delikatny schabik z kaszą i buraczkami. Brzmi nieagresywnie, ale ostatnio to już sam nie wiem co może być agresywne, a co nie. Bardzo mi jest niedobrze z tym, że choroba odbiera mi przyjemność z jedzenia. Doprawia je strachem przed skutkami ubocznymi i całą przyjemność szlag trafia. A ja tak lubię jeść...
czwartek, 12 lipca 2007
Wychodzenie z kryzysu

Wychodzenie z kryzysu nie idzie mi najlepiej. Noc przespana średnio, ale już bez nadmiernych sensacji. No może z kilkoma pobudkami nad ranem, ale z bólem na dającym się wytrzymać się poziomie nie wymagającym dodatkowych interwencji farmakologicznych. Poranek przykry. Pobudka normalnie, koło 9-tej. Po czym czas egzystencji około 30 minut. Dokładnie tyle ile trzeba na wypicie kubka zimnej wody. I znowu ból brzucha. I znowu senność. Wracam do łóżka. Podejście drugie koło 11:00. Teraz lepiej. Fizycznie. Psychicznie dno. Zmęczenie. Nic się nie chce. Ale spróbujmy dalej, może się jakoś rozbucham. No to buch buch buch. Telefon z pracy. "Tak. Będę. Przepraszam za spóźnienie." Nastawienie do jakiejkolwiek aktywności ujemne. Ale ruszamy. W asyście Najlepszej z Żon. Ona jedzie gdzieś na drugi koniec miasta, akurat w moim kierunku. Wysiadam na swoim przystanku. Dreptu, dreptu, dreptu... znowu osiemdziesięciolatki mnie dublują na okrążeniach. Praca. Ulubiona Szefowa czegoś ode mnie chce. Nie bardzo łapię o co chodzi. Mentalnie cały czas nie mogę związać końca z końcem. Coś tam zaczynam robić w dziedzinie nie wymagającej nadmiernej czynności umysłu. I robię kawę. Tylko ona może mnie teraz uratować.

Powinienem ten dzień jeszcze zostać w domu. Jeszcze odczekać. W końcu wczorajsza noc była poniżej krytyki, w końcu nażarłem się tych przeciwbólowych i one teraz ze mnie wyłażą. Dziś może trochę lepiej, ale to widać mało. Do tego jeszcze słabiusieńkie wyżywienie - dwa dni na kaszkach ryżowych, żeby nie drażnić żołądka. Ostatnio niestety cały czas jest tak, że po awarii wydaje mi się, że "już teraz jestem dobry", po czym funduję sobie 30 minut umiarkowanego wysiłku fizycznego (spacerek od przystanku do przystanku) i okazuje się jak bardzo się myliłem. Zupełnie straciłem wyczucie własnych możliwości. Dawniej na regenerację potrzebowałem kilku godzin. Teraz już sam nie wiem. Ale na pewno dłużej.

środa, 11 lipca 2007
Znowu niedobrze

W nocy cztery godziny chodzenia po ścianach. Lekarstwa przeciwbólowe, które nie chcą działać. Brzuch cały czas boli. W końcu "młotki" zastartowały i przespałem cały dzień. Do luftu z tym interesem.

sobota, 20 stycznia 2007
chth +0.5 Cholerna bezsenność.

Chth 0 napiszę jak się trochę prześpię.

Teraz trochę mojej bezsenności. Przyjechałem zmęczony jak diabli. Moim jedynym marzeniem było glebnąć do łóżka i odpłynąć. Glebnąłem się. Zmęczenie nie odchodziło. Ale sen też nie przychodził. Do tego dość upiorny, niezbyt intensywny, ale bardzo upierdliwy) ból nóg - śródstopia i łydek. Wydaje mi się - choć sam już nie jestem tego pewien - że wychodzący z kości.

Leżę. Wstaję. Snuję się. Wymyślam co by tu nie wziąć. Co to może być za cholera i jak ją utłuc. A może za dużo kawy wczoraj wypiłem? Nie, wydaje mi się to mało prawdopodobne. A może to 15 hPa wzrostu ciśnień spoglądających na mnie z wykresów aktualnych prognóz pogody na dzisiejszą noc? Dość że kręcę się, wiercę a sen nie przychodzi.

Zacząłem sie denerwować. Ale mam tą cholerną świadomość "syndromu impotenta" - im bardziej chcę tym mniej mogę. Ta moja bezsenność dzisiejsza to doskonały przykład.

Więc  przełamałem się i wstałem. Zrobiłem sobie herbatkę owocową i siadłem do kompa. Próbowałem coś po pracować. Ale nie da się. Umysł zupełnie się do tego nie nadaje. Nie mogę się skoncentrować na tym, co powinienem robić. Na samą myśl mi się odechciewa. Jestem za bardzo wkurzony. Obejrzałem statystyki bloga. No całkiem ładnie. Napisałem tę notkę. Co dalej? No marzę cały czas o spaniu. Ale pewnie będą pociągi. One zwykle mnie uspakajają. A tego teraz też chyba mi trzeba.

piątek, 10 listopada 2006
Fatalny poranek
Po tak miłym dniu jak wczoraj następny powinien być równie miły. Miałem iść do instytutu i pokazać szefowej wyniki. Miałem popatrzeć na instytutowe stokrotki. Ale nic z tego. Obudziłem się ze straszliwym bólem głowy. Dodatkowo bolały mnie mięśnie i stawy, brzuch też dokładał swoje trzy grosze. W głowie wata. Wstałem, poszedłem do kuchni. I stwierdziłem po pięciu minutach, że wracam do łóżka, bo to nie ma sensu. Zadzwoniłem do pracy i powiedziałem że się spóźnię. W końcu nie poszedłem do pracy wcale, na szczęście z błogosławieństwem Ulubionej Szefowej. Wstałem dopiero około wpół do trzeciej. Jeszcze trochę głowa mnie bolała, ale już bez bólu mięśni. Do tej pory nie bardzo chce mi się jeść. Nie wiem co się ze mną działo tego ranka. Ale cokolwiek by to nie było, było na prawdę bardzo nieprzyjemne. Niech sobie idzie i już nie wraca.
sobota, 28 października 2006
Chth +1. Oj cieknie...
I bez namaczania :(
poniedziałek, 23 października 2006
Ciężki poranek

Znowu ciężka noc. Znowu puściła nefrostomia. A rano wróciły biegunki. Jasna cholera. Chce mi się wyć. Jest ranek a ja jestem bardzo zmęczony.   :(

poniedziałek, 02 października 2006
Niefajny dzień

Nic się nie działo. Zadzieje się jutro. Najlepiej jak się da. Z najlepszym lekarzem. Z najlepszym dostępnym znieczuleniem. Chociaż nie tak jak chciałem.
Próbowałem zaprotestować. Posypałem się.
Środki uspokajające działają.
A ja i tak się boję.

 
1 , 2 , 3
| < Luty 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28          
Popieram akcję ochrony doliny Rospudy
Ten blog jest optymalizowany do oglądania w przeglądarce Firefox przy rozdzielczości ekranu 1024x768 px.