Chth to chemioterapia. L to life. 73 to założona przeze mnie długość życia. Statystycznie nie żyję już od kilku lat więc może się uda.
niedziela, 22 lipca 2007
Pomarzenie

Idzie deszcz, a mnie przyjdzie chyba iść do apteki, bo jakieś leki mi wyszły i jakoś same wrócić nie chcą. Zabieram więc czarny parasol i lecę na miasto. Ale to zaraz.

A pomarzenie będzie kolejowe. Jak zwykle. Już o nim pisałem, ale teraz, kiedy trochę uwięziło mnie w domu warto wsiąść sobie w wirtualny pociąg i gdzieś pojechać. Teraz chodzi za mną pomysł dość drogi i nieco wariacki, ale może właśnie czasem o to chodzi. Pomysł, który teraz jest wybitnie nie na moje siły, ale liczę na to, że jednak moje kryzysy kiedyś miną i będę mógł go zrealizować. Bo właściwie przy nieco lepszej stabilności mojego zdrowia i odrobinę lepszej kondycji jest on do realizacji.

Pomysł opiera się na bilecie weekendowym InterCity. Pewnie stuknę sobie pierwszą klasę więc zaboli kieszeń, ale raz w miesiącu mogę sobie odbić te wszystkie smutne dni, które przesiedziałem w domu sącząc gęstą kaszkę ryżową o smaku bananowym. Pomysł wymaga poświęceń snu, bo zaczyna się bardzo bladym świtem. Ernest Go.. przepraszam.. Malinowski wyjeżdża z M.ST. już o 6:05 rano. Po drodze atrakcja turystyczna - przystanek we Włoszczowej Północnej, najbardziej politycznej stacji w Polsce. A celem Muszyna. Podróż długa, ale piękna. Na miejscu stawiłbym się tuż przed obiadem. Potem jakiś spacer, może jakaś woda niemoralna (trzeba się tylko zwiedzieć co mi wolno poza Jaśkiem). W zasadzie mógłbym jechać od razu do Krynicy na wyżej wymienionego Jaśka, ale to by mi skróciło pobyt, a i samą Muszynę wolę od Krynicy za klimat. A może uda się zrobić i jedno i drugie? No kto wie? W końcu Erni wraca do M.ST. dopiero koło czwartej właśnie z Krynicy. A koło czwartej trzeba by wsiąść do klimatyzowanego wagonu pierwszej klasy i wrócić do domciu na późną kolację.

To byłby plan na pewną sobotę. A na niedzielę? Wszakże grzechem było by gdyby zmarnowałby się mój dwudniowy intercitowski bilet pierwszej klasy. No na niedzielę trzeba by pojechać w inne góry! Na przykład wsiąść po ósmej w ekspres "Wisła" i pojechać do Małyszowa. Znowu dojechałbym na sam obiad. Połaził ze dwie trzy godziny po Wiśle lub Ustroniu, kto wie - może też zaliczyłbym jakiś mały zdrój - po czym znowu koło czwartej wsiadł w powrotny ekspresik do M.ST. i stawił się w domu na wieczór.

Tak. Te pomysły mi się podobają. Teraz trzeba już tylko zebrać siły, by starczyło na ich realizację, kupować bilety, pakować aprowizację na drogę i jechać. Ale to jeszcze nie dziś, nie jutro. Pewnie w najlepszym wypadku na początku sierpnia. Byle trochę kondycja się poprawiła.

No a tymczasem na dworze zrobiło się ciemno i z deszczu szykuje się nie lada burza. I co ja mam teraz robić? Jechać na miasto na te zakupy czy czekać aż przejdzie? Ech mądra ty głowo. Cały dzień było słońce to z zakupami czekałeś na popołudniową ulewę. 

środa, 27 czerwca 2007
Są plany na weekend. Żeby się tylko nic nie posypało.

No to wymyśliłem sobie co mam robić w weekend. W czerwcu nie robiłem jeszcze kolejówki więc trzeba ten błąd nadrobić. A tu jeszcze szanowna Matka PKP uruchomiła mi piękny pociąg do Kołobrzegu. Piękny bo jedzie planowo po linii, po której od pół roku nic nie jeździło. Jedzie do Działdowa, a tam zmienia lokomotywę na spalinową i dalej już ciągnie do samego Szczecinka pod dieslem. Odcinek od Działdowa do Brodnicy jest od pół roku martwy. Ja ten pociąg chcę wykorzystać na odcinku do Grudziądza (żądza Grudziądza rządzi nieustannie - ponoć poza jednotorowymi tramwajami mają tam rewelacyjne niepasteryzowane piwo; może uda się spróbować?). Tam mam przesiadkę na pociąg do Malborka. To kolejny niejeżdżony przeze mnie kawałek linii spalinowej. Dalej już prosty pośpiech do Tczewa, mam nadzieję, że uda mi się w Tczewskim barze dworcowym coś przekąsić, bo to lokal znany i lubiany. A z Tczewa kolejna atrakcja - osobowy do Chojnic, gdzie przesiadka na osobowy do Piły. Cała trasa od Tczewa do Piły też niejechana jeszcze przeze mnie i cała "unplugged". Z Piły już klasycznie pośpiechem do M.ST.

Zabiorę szkic publikacji, bo w pociągach dobrze mi się myśli. W przyszłym tygodniu wraca Ulubiona Szefowa więc warto tą robotę wygładzić, przemyśleć na świeżo. Będzie przyjemne z pożytecznym.

A w niedzielę... może jakiś lajtowy wypadzik do Torunia? Od tak, żeby posiedzieć sobie na rynku przegryzając pierniki? W końcu bilet znowu będzie ważny dwa dni...

Żeby tylko nic mi nie siadło, to będzie pięknie!

wtorek, 19 czerwca 2007
Zjadłbym sobie na kolację...
Grzanki z chleba z żółtym serem, wędlinką i pomidorkiem. Sera nie za dużo, tak w sam raz. Niezbyt mocnego, żeby nie przejął całego aromatu. Wędlinka to dobra kiełbaska, z tych cieńkich. Pokrojona w dość grube plastry. Albo kawałek szynki. Na to lekko osolony pomidor. A na pomidorka listek świeżej bazylii. I to zapiec tak, żeby ser puścił i przytulił wędlinę, która lekko się ugnie w cieple piekarnika.
Na talerz jeszcze może jeszcze jakiś ogóreczek do pogryzania? Małosolny? Kiszony? Raczej kiszony. Ale z dobrej beczki. O tej porze roku trudno trafić na taką beczkę, ale jak już marzę, to na całego. Nie będę sobie żałował.
Do tego szklaneczka jakiegoś dobrego zimnego browarku, np.: Książęce ze Lwówka Śląskiego - koniecznie niepasteryzowane i prosto z browaru, albo coś bardziej egzotycznego - może świeżutkie piwko Noteckie z Czarnkowa?
A w tle cichutko Santana...
środa, 06 czerwca 2007
Wredne marzenie
Siedziałem na przystanku autobusowym i czekałem. Autobus nie nadjeżdżał. Przytoczyła się natomiast Pani. Pani usiadła, wyjęła papierosa i zapaliła. Dym owiał mnie i mało nie zacząłem kichać. To wcale nie przeszkadzało mojej sąsiadce. I właśnie wtedy zamarzyłem. Zamarzyłem mieć gaśnicę. Pianową albo proszkową. Odczepić dyszę i skierować w kierunku źródła ognia. Odkręcić zawór. I mieć dziką przyjemność.
Już za mną chodzi pociąg

Jeszcze chwileczka, jeszcze momencik, jeszcze kilka zaległych wizyt rodzinnych i znowu kupię sobie bilet na weekend. Tym razem na północ. M.ST. - Olsztyn Główny - Tczew - Chojnice - Bydgoszcz Główna - M.ST.

A potem jeszcze coś drobnego na niedzielę. Jeszcze nie mam pomysłu.

Ładna perspektywa. Trzeba będzie ją zrealizować jeszcze w tym miesiącu.

sobota, 19 maja 2007
I udało się

16 godzinna wycieczka.
Około 1000 km w 4 pociągach.
1 klasa (z drobnym wyjątkiem).
4 miasta (w tym dwa rynki).
4 dworce kolejowe (w tym dwa główne).
1 bar mleczny.
5 tramwajów.
2 autobusy.
6 biletów (w tym dwa kolejowe).
3 kawy (w tym jedna paskudna).
1 kapuczino.
Morze IceTea.
Soczek pomarańczowy (kwaśny).
Pani Joga-Say(ing)-Baba.
Samowarek.
Obiad sprzed 18 lat.
Pociąg, który nie mógł by nazywać się "Wanda".
WIELKA SATYSFAKCJA.

Tyle w skrócie i na gorąco.
cdn... (i to być może bardzo wieloznaczny cdn)

niedziela, 06 maja 2007
EC Wawel - Kolejowe marzenie do spełnienia - może za 2 tygodnie?

Popatrzyłem w kalendarz i doszedłem do wniosku, że jeśli uda mi się dojść do ładu ze sobą po następnej chemii to może za dwa tygodnie zrobiłbym jedno z moich kolejowych marzeń, czyli zorganizowałbym sobie wyjazd na WAWEL. Dodam tylko, że nie chodzi o piękny krakowski zabytek, ale o jeden z dwóch pociągów EuroCity, który nie dojeżdża do m.st. (Hamburg Altona - Kraków Główny). A po drodze mógłbym wstąpić w kilka ciekawych miejsc, pojechać sobie różnokolorowymi tramwajami i wogóle mogło by mi być bardzo milutko.

Wstępny plan wyglądał by to tak:
M.ST. Centr. 6:25 IC Odra do Poznania Głównego (9:20IC), tu zielonym tramwajem na rynek, kawka, z powrotem na dworzec i dalej:
Poznań Gł. 11:29 IC Panorama do Wrocławia Głównego (13:30IC), ze stacji niebieskim tramwajem na rynek, obiadek może jakiś mały i główna atrakcja:
Wrocław Gł. 15:27 EC Wawel do Krakowa Głównego (19:17EC). Tu już raczej przerwa dość krótka (zresztą tramwaje w Krakowie też niebieskie, jak we Wrocku), bo późno dość i jedziemy do domu:
Kraków Główny 20:00 Ex Ernest Malinowski do M.ST. Centr. (22:48Ex) z postojem w Gosiewie Płn. jako dodatkową atrakcją!

Kupię sobie bilet weekendowy PKP Intercity, może nawet na 1 klasę i ziuuu.... pojadę powłóczyć się po Polsce. A może wysiądę gdzieś jeszcze? A kto mnie tam wie?

niedziela, 24 września 2006
Kolejówka wrześniowa. Finisz imprezy.

Przejdź do początku relacji
Przejdź do poprzedniej części relacji

M.ST. Pociąg przyjeżdża z 10 minutowym opóźnieniem. Łapię tramwaj. Znowu numer 7 na szczęście. Teraz powinienem złapać autobus. Ale do jego odjazdu jest jeszcze 20 minut.

Idę piechotą do domu. Mijam najlepsze ekskluzywne lokale w mieście. Tu imprezy dopiero się rozkręcają. Drogie samochody, eleganckie kreacje. Moja impreza się kończy. Plecak na plecach, zdjęcia w aparacie i głowa pełna przeżyć.

I radość z tego co zrobiłem.
Satysfakcja i radość.
Kolejówka wrześniowa. Wyścig z Wielkim Wozem.

Przejdź do poprzedniej części relacji  

Na kawę w Opolu nie było czasu. Pierwsze co robię w pociągu to idę do Warsu. Warsiarz jest chyba ten sam co w tamtą stronę. Poznaje mnie. Proszę go, żeby kawę zrobił mi w moim kubku. Konstatuję niestety, że kubek się obtłukł podczas szalonej pogoni za pociągiem w Nysie. Ale do picia kawy ciągle się nadaje.

Przychodzi konduktor. Czepia się trochę mojego biletu, że niby źle wypisany. Ale w końcu macha ręką. Kawka bardzo dobrze mi robi. Teraz trzeba znaleźć jakieś rozsądne miejsce. Tłoku nie ma. Trafiam do przedziału ze staruszkiem. Staruszek jak to staruszek. Narzeka. Bo i ma rację. Pociąg z Opola do Częstochowy niecałe 100 km robi w dwie godziny. A podobno jest pospieszny. Potem zaczyna mi opowiadać. Ma 85 lat. Pochodzi ze Lwowa. Ranny na wojnie. Potem budował elektrownie. W ZSRR i u nas. Wysiada w Piotrkowie.

Robi się chłodno. Przypominam sobie o nogawkach odpiętych od spodni. Zaglądam do plecaka. Jest jedna. Ta dziurawa. Druga... jest pewnie na peronie w Nysie...

Wagon nie jest w najlepszym stanie. Conajmniej połowa przedziałów i obie łazienki są ciemne. Ktoś zniszczył włączniki do światła. Kiedy robi się porządnie ciemno przesiadam się do jednego z jasnych przedziałów. Siedzi tam jeden człowiek. Mam szczęście do gadatliwych. Wraca z Wrocławia. Wracałby InterCity, ale w sobotę popołudniowego nie ma więc tłucze się tym.

Za Koluszkami pociąg zwalnia. Idę na korytarz. Zakładam kapelusz. Otwieram okno. Na niebie Wielki wóz. Wyraźnie ściga się z Oleńką. Raz on prowadzi, raz ona. Mijamy w tym wyścigu wioski, stacje i przejazdy kolejowe. Gdzie niegdzie na stacji stoi jakiś pociąg. Kolejki samochodów do krzyży Św. Andrzeja. Wyścig trwa.

Przejdź do następnej części relacji  

Kolejówka wrześniowa. Opolszczyzna.

Przejdź do poprzedniej części relacji

Kolejny raz w tej podróży uspokajam oddech. Nie mam zdjęć z Nysy. Patrzę na rozkład. Mamy dwa kilkuminutowe postoje. Pytam kierownika pociągu czy pozwoli mi na którymś wysiąść i zrobić zdjęcie naszego składu. Nie uzyskuję jednoznacznej odpowiedzi. Ale drużyna konduktorska wygląda na sympatyczną więc jestem pełen nadziei. Co prawda pociąg ciągnie doskonale znana mi lokomotywa SM-42, a wagony to też żadna rewelacja (dwa drugiej klasy, jeden z przedziałami, drugi bezprzedziałowa "bonanza"), ale lokomotywa jest w ładnym żółto-niebieskim malowaniu. No i mam niedosyt po tej nieszczęsnej Nysie.

Po drodze rozmawiam z chłopaczkiem z Łambinowic. Jakoś ludzie chętnie ze mną rozmawiają w drodze. Pewnie ciekawię ich i w odróżnieniu od "miastowych" mają odwagę tą ciekawość zaspokoić. Za oknem mijają krajobrazy Opolszczyzny. Niby płasko, ale ładnie. Inaczej niż u nas. Inne zabudowania. Na wsiach zachowało się jeszcze stosunkowo dużo starej poniemieckiej zabudowy wiejskiej.

Szydłów. Kierownik pociągu daje znak. Tu jest dłuższy postój. Mogę pofotografować. Jest super. Stacja w lesie. Oświetlenie całkiem niezłe. Robię kilka fotografii dziękuję kierownikowi pokazując na podglądzie jedną z ładniejszych. Za chwilę mija nas pociąg z przeciwnej strony. Też robię mu zdjęcie.

Dojeżdżam do Opola. Najpierw z daleka widać bloki. Potem z prawej dochodzą tory z Wrocławia. Stacja Opole Zachodnie. Mam ochotę na ciasto ze śliwkami. Stacja Opole Główne. Czas na obiad.

W Opolu przy dworcu PKS jest bardzo przyjemny lokal jedzeniowy, gdzie człowiek sam sobie nakłada jedzonko w dowolnych ilościach i podchodzi do kasy, gdzie jest ono ważone i płacone po 1.99 PLN za 100 g dowolnego żarcia. Można brać też na wynos. Mam 25 minut. Decyzja jest szybka. Jak będzie kolejka - biorę na wynos. Jak nie - jem na miejscu. Nie ma. Kaszka, mięsko, surówka. I Kompot. Kompot z dużej litery, bo nie wiem czy gdziekolwiek w Polsce podają taki dobry kompot w lokalu tej klasy. Truskawkowy. Ale nie jest to aromat identyczny z truskawką rozwodniony nadmiarem wody. To jest prawdziwy kompot truskawkowy. Pyszny. No i oczywiście nałożyłem sobie dokładnie tyle jedzenia ile chciałem. Nic się nie zmarnowało.

Na dworcu rzuciłem jeszcze okiem na IC Wawel, którym będę chciał jechać w październiku. Tak. Ja muszę się tym pociągiem przejechać. A potem podreptałem na peron, którego nie ma na drugą w tym dniu randkę z Oleńką.

Przejdź do następnej części relacji

 
1 , 2 , 3 , 4
| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Popieram akcję ochrony doliny Rospudy
Ten blog jest optymalizowany do oglądania w przeglądarce Firefox przy rozdzielczości ekranu 1024x768 px.