Chth to chemioterapia. L to life. 73 to założona przeze mnie długość życia. Statystycznie nie żyję już od kilku lat więc może się uda.
czwartek, 21 czerwca 2007
Kontrol

W zasadzie to nie było tak źle jak się zapowiadało. Nic konkretnego oczywiście się nie wywiedziałem, ale... dałem sobie zrobić dwa rentgeny i analizę krwi. Wydaje się, że to dużo. Jutro mam podzwonić po wyniki. Ach jakież one mogą być, ach jakież... Zapewne z nóg mnie nie zbiją.

A poza tym walczę z moim brzuchem, który stara mi się ostatnio mówić same nie miłe rzeczy. No to ja go młotkiem. A potem chodzę jak potłuczony przez cały dzień, bo młotek bywa różowy, a jak człowiek sobie przyłoży różowym młotkiem no to mu potem bywa różnie. A głównie to pospałby. I to niezależnie gdzie.

Do tego jeszcze nie wyszedłem z pracy. Chociaż bardzo źle mi z tym nie jest. Gorzej będzie jak sobie pomyślę, że czeka mnie jeszcze dzisiaj wspinaczka do domu po schodach. Cóż. Trudno. Świetnie. Zwykle mi się to udaje to i dziś się uda.

środa, 20 czerwca 2007
Przesunięcie czasowe

Coś takiego mi się zrobiło. Wstaję koło południa, a potem siedzę długo i pracuję. Właśnie próbuję opuścić moją ukochaną pracownię. Ze skutkiem miernym. Tłumaczę sobie, że czekam aż z dworu upał zejdzie. "Tak, tak pracoholiku, tłumacz sobie, tłumacz." W zasadzie napracowałem się porządnie i powinno mi to dać satysfakcję. A zwłaszcza ten niepokojąco piękny bałagan papierów, który wytworzyłem na swoim biurku. Przyznam nieskromnie, że powoli dochodzę do standardów porządku Ulubionej Szefowej. Z czegoś takiego MUSI urodzić się coś wiekopomnego. No chyba że zaraz po urodzeniu gdzieś tam się zgubi i już nigdy nie znajdzie, co jest bardzo nie wykluczone. No ale jak już się wygrzebie to zachwyci sobą cały świat naukowy, a przynajmniej Ulubioną Szefową. No dobrze. Bądźmy realistami. Szefowa nie skreśli jakichś dwóch do trzech wyrazów w tym wiekopomnym dziele. Co bynajmniej nie wpłynie na jego wiekopomność.

A ja oczywiście cieszę się znowu jak gwizdek bo jutro mam stawić się w moim jedynie słusznym szpitalu na Kontrol. Zobaczymy co to znaczy. Obawiam się, że znaczy to zupełnie dokładnie nic. A dokładniej kilka godzin (stawiam na tak ze cztery) czekania na piętnastominutową audiencję u Mądrej Pani Doktór, w trakcie której to audiencji pożartujemy chwilę, Mądra Pani Doktór wypisze mi recepty, zada magiczne pytanie "Czy wszystko w porządku", na którą otrzyma jedynie słuszną odpowiedź i każe przyjść powiedzmy za miesiąc na kolejną kontrolę. No chyba żebym się rozwalił w międzyczasie to wtedy będziemy się martwić i wzywać Kawalerię na pomoc. Bo podobno Kawaleria istnieje i czuwa na posterunku! I jak się będzie źle działo to ruszy z odsieczą. Ale puki co to nie ma się co martwić, trzeba żyć, pracować, karmić gryzonie, produkować materiały niebezpieczne (materiałami niebezpiecznymi nie zajmuję się od dobrych trzech lat z hakiem, ale Mądrej Pani Doktór to się jeszcze nie utrwaliło) i nie zawracać głowy Mądrej Pani Doktór.

wtorek, 19 czerwca 2007
Zjadłbym sobie na kolację...
Grzanki z chleba z żółtym serem, wędlinką i pomidorkiem. Sera nie za dużo, tak w sam raz. Niezbyt mocnego, żeby nie przejął całego aromatu. Wędlinka to dobra kiełbaska, z tych cieńkich. Pokrojona w dość grube plastry. Albo kawałek szynki. Na to lekko osolony pomidor. A na pomidorka listek świeżej bazylii. I to zapiec tak, żeby ser puścił i przytulił wędlinę, która lekko się ugnie w cieple piekarnika.
Na talerz jeszcze może jeszcze jakiś ogóreczek do pogryzania? Małosolny? Kiszony? Raczej kiszony. Ale z dobrej beczki. O tej porze roku trudno trafić na taką beczkę, ale jak już marzę, to na całego. Nie będę sobie żałował.
Do tego szklaneczka jakiegoś dobrego zimnego browarku, np.: Książęce ze Lwówka Śląskiego - koniecznie niepasteryzowane i prosto z browaru, albo coś bardziej egzotycznego - może świeżutkie piwko Noteckie z Czarnkowa?
A w tle cichutko Santana...
Ja wiedziałem, że tak będzie...

Jeden z trzech celów wypełniony. Nefrostomie wymienione. Doktór Złote Ręce to jednak solidna firma. Poza tym w dwóch miejscach wysłali mnie na drzewo. Po Mądrej Pani Doktór to właściwie należało się tego spodziewać, że jeśli tylko zada jej się pytanie o to, czy mogę wpaść na kontrolę, bo akurat jestem w szpitalu, to odpowiedź będzie brzmiała "NIE!". Oczywiście "bo...", no mniejsza o "bo"; "bo" się zawsze znajduje. W znajdowaniu "bo" Mądra Pani Doktór jest Mistrzynią Tego Szpitala, Świata i Okolic. No ale że wysłali mnie na drzewo z tomografią to już na prawdę mam do nich żal. Najlepsza z Żon specjalnie się u nich wywiadywała, że mogę im przynieść klisze, to zrobią mi analizę porównawczą. A tu się nagle okazuje, że aparaty były niekompatybilne, klisz nałożyć się nie da i w zasadzie to jedną tych z klisz, co je mam, to mogę sobie... no powiedzmy, że tego też nie mogę, bo klisza do tego celu jest za sztywna, a moje cztery litery są bardzo nietolerancyjne ostatnimi czasy i wymagają ode mnie dużej atencji, a nie traktowania ich kliszami rentgenowskimi.

Z pozytywnych rzeczy udało mi się przepchać bezboleśnie przez M.ST. mimo medycznych demonstracji. Najwyraźniej większość stołecznych kierowców przestraszyła się manifestacji, bo na mieście było wyjątkowo luźno i tylko w najbliższej okolicy budynków rządowych ulice się korkowały. Bałem się, że po zmianie nefrostomii będę się godzinami telepał po mieście, a tu jeden krótki objazd i zupełnie rozsądny korek w zasadzie nie odbiegający od standardowych korków, jakie pojawiają się na mieście codziennie o tej porze.

poniedziałek, 18 czerwca 2007
Lepiej późno niż wcale?

Wreszcie temperatura zeszła w rozsądne zakresy. Nie muszę uciekać przed upałem, nie boję się wyjść na dwór. Co prawda od czasu do czasu leje jak z cebra, ale od czego są parasolki i kurtki. Zastrzegam - nie jestem miłośnikiem deszczu - jestem miłośnikiem temperatur poniżej 25 stopni i jestem dla nich gotów poświęcić słońce.

A poza tym stara bida. Sypię się jak zwykle. W nocy jakieś paskudne problemy utłuczone nad ranem większym młotkiem. W zasadzie nie powinno to zadziałać - ale chwała Bogu zadziałało. Biedna Najlepsza z Żon łyknęła ode mnie bakcyla i teraz ona chodzi po domu i chechła. Marudzi chyba gorzej ode mnie,  a  w tej dziedzinie nie znoszę konkurencji ;-D.

Ja za to wreszcie trafiłem do pracy. Bez sensu trochę, bo dowlokłem się dopiero na pierwszą i na miejscu nikogo nie zastałem, no ale praca to nie tylko instytucja towarzyska i czasem trzeba coś porobić w samotności dla dobra ogółu i przyszłości narodu, a nie tylko na pogaduchy przyłazić. Zresztą Ulubionej Szefowej i tak miało nie być i nie było zgodnie z planem. Zostawiła tylko kartkę o odbiorze kolejnej partii wody służbowej. Cóż było robić. Ruszyłem więc ciąg dalszy frontu robót w samotności niemalże zupełnej, nawet nie zważawszy na ową wodę służbową, której oczywiście przynosić mi się nie chciało. Ważne, że praca toczy się do przodu.

Jutro znowu walczę z Moim Ukochanym Szpitalem.
Już się cieszę.
Jak gwizdek.
Jak stado gwizdków.

sobota, 16 czerwca 2007
Nie chce mi się
Przez cały dzień praktycznie nie chce mi się. Począwszy od upalnego ranka po chłodny wieczór. I co z tego?
Z ranka współpraca z Józkiem skończyła się wytworzeniem dość ciekawej kurtyny powietrznej. Po mojej stronie Józka było fajnie. Po drugiej stronie była masakra z makabrą. Nie bardzo wiem jak to działało, ale działało.
A poza tym dużo pracowałem. Tak. Nie chce mi się, a pracuję. Pracoholizm? No może. Trochę woła za mną odłożona gdzieś w kąt czeszczyzna, że w weekend to może kolej na nią, a nie na standardową pracę roboczą. Ale prześladuje mnie poczucie upóźnienia w pracy właściwej. Tego, że nie wykorzystałem tygodniowego pobytu Ulubionej Szefowej w robocie (teraz ona zniknie od poniedziałku na kolejne trzy tygodonie). To głupie, bo doskonale rozumiem swoją sytuację i to, że nieobecność moja  w pełni była usprawiedliwiona i że obecność w pracy była by więcej niż ryzykowna i wogóle. Ale z drugiej strony to była robota, którą chciałem zrobić. Nie odbębnić, złożyć i zapomnieć w cholerę, ale taka, którą chciałem wykonać solidnie. Co prawda z drugiej strony wiem, że tej solidności założonej bym nie uzyskał. Może ta prolongata na trzy tygodnie dobrze mi zrobi? Może uda mi się to wyszlifować do poziomu, na którym będę z siebie choć ciut zadowolony.
Za tydzień planujemy kolejne tarzanie się na łonie. Pojedziemy na pełny weekend. I przyrzekam: NIE WEZMĘ ZE SOBĄ ŻADNEJ ROBOTY. No chyba że czeski. Tak dla spokoju sumienia.
Cholera - tyle się nasłuchałem o umiejętności odpoczywania, tyle nakiwałem głową i co z tego? I nic z tego.
piątek, 15 czerwca 2007
Wciąż 37.2

Kolejny dzień walki z przeziębieniem. W zasadzie wygląda to jakbym już prawie wygrał (odpukać w niespakowane bity). Gardło już prawie nie drapie, kaszel jakby ustał. Tylko ten stan podgorączkowy jeszcze trochę martwi.

Spałem bardzo długo. Do przysłowiowego południa. Wstałem z lekkim bólem głowy i włączyłem Józka, bo w kuchni zdążyło zrobić się nieznośnie. Małe śniadanko i duża porcja lekarstw. Ech...

Oj strasznie długo się dzisiaj zbierałem. Aż w końcu Najlepsza z Żon się przytoczyła z pracy (dziś wyjątkowo miała na rano). Cóż było robić. Wziąłem w troki swoje szanowne cztery litery i pojechałem do roboty po materiały do dalszych prac. Instrukcje na ciąg dalszy prac już miałem - przyszły poranną pocztą e-mail od Ulubionej Szefowej. Priorytety ustawione. No nie koniecznie się z nimi zgadzam, ale to w końcu Ona jest szefową a nie ja. No i zanim przebrnąłem przez upalne M.ST. do pracy okazało się, że szefowej już tam nie ma. Łyknąłem służbowej wody, zebrałem konieczne materiały i zabrałem się do wracania.

Po drodze wpadłem do Złotych Tarasów na coś do jedzenia, bo pracowy karmnik już mi zamkneli. Pomidorowa za 7PLN nie jest warta swojej ceny. Tyle powiem. Ale na szczęście upały nie wzmagają apetytu. Napiłem się kawy, kupiłem butelkę Jaśka i zabrałem się za wracanie do domu.

A w domu ciągle jeszcze urzędowała Najlepsza z Żon przygotowując mi menu na jutro. O dziwo Józef nie chodził, więc w kuchni było upojnie. Nie wiem jak Ona to wytrzymała. Po włączeniu Ziutek natychmiast pokazał 32 stopnie i zaczął wyć jak szalony nawiewając chłodne powietrze. Wkrótce zrobiło się jako tako.

Przy okazji przypomniał mi się termometr, który gdzieś na mieście na wybetonowanym placyku pokazywał jedyne 39 stopni.

Jak już wróciłem do domu zacząłem się zmagać z pracą. Zmusiła mnie ona do podróży w czasie i powtórki z matematyki. Zadanie w sumie proste - trzy punkty dają płaszczyznę, a mnie interesowała odległość czwartego punktu od tej płaszczyzny. Dysponowałem oczywiście współrzędnymi wszystkich czterech punktów. Kiedyś byłem bardzo dobry z matematyki. Mało brakowało a gdzieś tam bym wylądował. Ale jak człowiek nie używa swoich umiejętności, to mu one zanikają. Oj długo biedziłem się nad tym zadaniem. Wzór na odległość punktu od płaszczyzny znalazłem szybko. Tylko jeszcze brakowało mi przeliczenia ze współrzędnych trzech punktów na równanie płaszczyzny. Problem prosty - układ trzech równań z trzema niewiadomymi. Nie wiem jaki diabeł podpowiedział mi, żeby to robić przez podstawienie. Bolało. Po jakimś czasie dopiero przypomniały mi się hasła "macierze" i "wzory Cramera" i byłem w domu.

A w międzyczasie naprawiłem kolejny ząbek.

czwartek, 14 czerwca 2007
Wielki Józek obłaskawiony!
Wielki Józek jest u nas już dwa lata. Przez większość roku mieszka w szafie, a kiedy przychodzą upały wystawiamy go na pokoje (sztuk jeden). Stawia się go pod oknem, włącza i świat zaczyna nabierać innych barw. Po prostu w naszym domku, wyraźnie nie projektowanym na te klimaty (o ile projektowanym wogóle, a nie skleconym metodami "gospodarczymi" na łapu capu i nie do końca legalnie w trudnych czasach poprzedniego ustroju - ze wszystkiego tego konsekwencjami) zaczyna panować normalna temperatura. Znowu uściślijmy. W pokoju. Bo Józek do tej pory nie chciał pracować w kuchni. Okno na świat, którego potrzebuje do pracy znajduje się tu za wysoko. Ale dziś wpadłem na prosty i genialny pomysł. Otóż Józka po prostu trzeba posadzić na krześle! Mamy takie specjalne krzesło, na żeliwnych nóżkach, na którym zwykle siada Nasz Wielki Przyjaciel przy okazji wizyt u nas w domu (bo sadzanie go na "drewniakach" kończy się zwykle trzaskiem i drzazgami) i na tym właśnie krześle posadziłem dzisiaj w kuchni Józka. Okno okazało się wystarczająco blisko i znalazł się nawet odpowiedni kontakt. I dzięki temu mam teraz bardzo przyjemny chłodek w kuchni. I teraz praca powinna stać się już lekka łatwa i przyjemna. Żeby to uczcić to chyba sobie jakiś obiad zrobię ;-D
środa, 13 czerwca 2007
W drodze...

Dziś Ktoś Bliski Kogoś stracił.
Dziś Komuś Innemu urodziła się córka.
Wielki smutek i wielka radość.

Jedni przychodzą, inni odchodzą.
Patrzę na to z przydrożnego rowu.
Dziś na Drodze Życia wyjątkowy ruch.

wtorek, 12 czerwca 2007
Zdrowiejemy, czyli co tam rak - przeziębienie! to jest choroba!

Wreszcie obudziłem się o jakiejś w miarę normalnej porze. Gardło i kaszel ciągle dokuczają, ale już nie tak. Już nie obudziły o czwartej rano.

Utrzymuję się w stanie podgorączkowym, co w zasadzie nie jest złym wynikiem. Jeśli uda mi się zejść do normalnej temperatury to idę do roboty. W domu trudno wytrzymać, bo jest strasznie gorąco.  Na szczęście udało mi się największy upał przeskoczyć we śnie.

Rano zrobiłem przepyszny twarożek na śniadanie, doczekałem się, aż Najlepsza z Żon zwlecze się z łóżka - trwało to wyjątkowo długo, zwłaszcza jak na te piękne kanapeczki, które stały na stole. Pojadłem, wypiłem poranną kawę i... wróciłem spać. Po czym spałem prawie do trzeciej. Odpracowywałem zaległości z ostatnich dni.

Kiedy wstałem to w zasadzie byłem gotowy na obiad. Najlepsza z Żon już poszła do pracy, ale jedzonko czekało w lodówce. Dorobiłem jakąś surówkę i wstawiłem dania na gaz. 

A jak już pojadłem wziąłem się za robotę. Napisałem list do Ulubionej Szefowej, ale nie dostałem odpowiedzi. Musiał dojść pod jej nieobecność. No trudno. Co robić wiem. Znowu pchnąłem pracę do przodu, a wyniki moich dzisiejszych działań wysłałem do Szefowej. Jutro pewnie będzie jakaś odpowiedź. 

W międzyczasie poodwoływałem wizyty w szpitalu. Mądra Pani Doktór poświęciła mi całe 26 sekund rozmowy. No comments. Potem jeszcze rozmawiałem z lekarką, która wyciąga mnie z tego szalejącego przeziębienia. Różnica jakościowa. Jak przejście z Centralnego do Złotych Tarasów. Zdałem relację co i jak idzie, uzyskałem kilka porad w różnych innych tematach i umówiłem się na kolejną konsultację telefoniczną na czwartek. Być może wtedy będzie już można odstawić antybiotyki, bo jednak one trochę dają mi do wiwatu.

| < Marzec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
Popieram akcję ochrony doliny Rospudy
Ten blog jest optymalizowany do oglądania w przeglądarce Firefox przy rozdzielczości ekranu 1024x768 px.