Chth to chemioterapia. L to life. 73 to założona przeze mnie długość życia. Statystycznie nie żyję już od kilku lat więc może się uda.
poniedziałek, 02 lipca 2007
Tory Tucholskie czyli Bajka o Rybaku co zeżarł mi obiad

Wstałem i nie zapowiadało się dobrze. Ból brzucha. Szybko zdiagnozowałem przyczynę (jak mi się zdawało) - stomia. Usterka usunięta. Na szybko robię kawę do termosu i trzy kanapki z topserem. Na tyle miałem czasu, bo już zaraz autobus. Tym razem spóźniłem się jakieś dwie minuty, ale chwile później na szczęście pojawił się inny autobus spóźniony bardziej ode mnie. I tak udało mi się dotrzeć o rozsądnej godzinie na dworzec. Ludzi za dużo nie było, miejsce w jedynce przy oknie tak jak lubię. Tylko ten brzuch jakoś niepokojący.

Pociąg BORY TUCHOLSKIE z Warszawy Zachodniej do Kołobrzegu przyciągnęła lokomotywa zwana przez niektórych kolejolubów Bykiem. Wsiadłem i bardzo szybko "odpadłem". Obudziłem się w Działdowie. Tu nastąpiła zmiana lokomotywy na spalinową i pociąg wjechał na odcinek linii kolejowej, na której przez pół roku nic nie jeździło. I o dziwo nie wlókł się jakoś specjalnie. Jechał z zupełnie rozsądną prędkością. Mijałem pola pod Lidzbarkiem Welskim, Pojezierze Brodnickie, znane z browaru i pałacyku Jabłonowo Pomorskie by w końcu zajechać do Grudziądza. Tu wysiadłem z Borów.

Na stacji tłok pociągów, a właściwie ogłoszeń o pociągach. Na następnym peronie piękny autobusik szynowy SA-106 z jednym piętrusem Bdhpun do Brodnicy, na kolejnym ludzie oczekują na osobowy  do Torunia, a obok moich Borów kolejna grupa ludzi czekająca jak ja na skład z Tucholi do Malborka. Składy do Torunia i Malborka przyjeżdżają ze sporym opóźnieniem, przez co pozostałe pociągi odjeżdżają również po czasie. Wsiadam do swojego. Trochę ludzi jedzie, ale miejsce siedzące znajduję. Na przeciw mnie studentka z Torunia i dwóch chłopaków z klubu kajakowego HABAZIE. Jadą do Kwidzyna - dziewczyna pomieszkać, chłopaki pozwiedzać.

Na starcie mamy 10 minut opóźnienia. Nie będzie łatwo je odrobić bo trasa w pierwszym odcinku ma fatalne torowisko, wleczemy się chwilami i po 20 km/h. Potem robi się nieco lepiej, ale dopiero za Kwidzyniem pociąg zaczyna jechać rozsądnie.

W Malborku już na dzień dobry z megafonów pada komunikat o 25 minutowym opóźnieniu poc. posp. "Rybak" relacji Białystok Szczecin. Zastanawiam się nad jedzeniem. Brzuch cały czas dokucza, a na dodatek jadłodajnie na dworcu w Malborku nie wychodzą poza standard 100%PCV (zapiekanki, hoddogi, quasi-pizze), czyli żarcie niezwykle ryzykowne. Kupuję tylko Nestea i bilet komunikacji miejskiej na pamiątkę i idę w perony. W torach postojowych stoją bardzo ciekawe rosyjskie wagony RŻD, które przyjechały z pociągiem Kaliningrad - Malbork.

W końcu pojawia się opóźniony Rybak. Wsiadam. Pociąg rusza. Mijam zamek w Malborku. Próbuję go sfotografować komórką, ale na wszystkich kadrach wychodzą mi słupy trakcyjne. Cóż. Taki to urok fotografowania z pociągu.

No i niestety - do Tczewa dojeżdżam z takim opóźnieniem, że o jedzeniu nie ma co mówić. Zresztą brzuch boli jak cholera - nie ma co. Przy tym samym peronie stoi już mój pociąg do Chojnic. Tym razem to skład piętrowy Bhp z lokomotywą SU45.  Siadam na piętrze. Pociąg jest dość mocno zapchany. Rząd przede mną jedzie bardzo sympatyczny piesek marki York. Posiada swój własny neseserek podróżny, a w trasie okazuje się zwierzątkiem bardzo towarzyskim.

Na dworze pogoda się psuje. Przychodzą ulewne deszcze. A mnie coraz bardziej chce się spać. Nie wiem czy to skutki nalepionych poprzedniej nocy plasterków czy innych procedur przeciwbólowych. Jeśli tak to procedury te są wysoce nieskuteczne. Brzuch boli cały czas.

W Chojnicach leje jak z cebra. Ale na moje szczęście okazuje się, że nie muszę się przesiadać, ten sam skład, który przywiózł mnie z Tczewa powiezie mnie dalej do Piły. No ale ten odcinek drogi śpię już prawie przez cały czas. Tylko od czasu do czasu na mijankach budzą mnie jakieś pociągi. Na szczęście orientuję się w porę, że mam 10 minut spóźnienia. Ale konduktorka mówi, że pociąg do Warszawy w Pile zaczeka. I tak jest rzeczywiście. Czeka.

Wsiadam do jedynki - pierwszy wagon w składzie typu pół jedynki - pół dwójki. Jest wygodny i ładny. Okazuje się, że część pociągu jedzie z Gorzowa Wielkopolskiego a tylko część ze Szczecina. I właśnie tą pierwszą część losuję. Brzuch boli coraz bardziej. Ale ja jestem też coraz mniej przytomny. Znowu zasypiam. Kilka razy budzą mnie konduktorzy. Bardzo mi to nie przeszkadza - daję się skontrolować i z powrotem zasypiam.

W M.ST. mam też trochę szczęścia - bardzo szybko łapię odpowiedni autobus, a na przesiadce spotykam szwagrową, która eskortuje mnie już pod sam dom. Co prawda protestuję głośno, ale ona dzwoni po Najlepszą z Żon, żeby zeszła i pomogła mi wejść do domu, a przynajmniej wniosła mi plecak. Bardzo ułatwia mi to zadanie. Brzuch boli mnie cały czas.

piątek, 29 czerwca 2007
I did it!

No wygląda na to, że wreszcie postawiłem Tą Kropkę. Wreszcie coś skończyłem! 18 stron tekstu podstawowego (w tym 4 schematy, 7 rysunków, 14 tabel i odnośniki do 11 pozycji literaturowych), 35 stron materiałów uzupełniających (tu już nie będę robić statystyk bo to głównie tabele i wykresy). Wszystko w języku jak-mi-się-wydaje-angielskim. Brakuje co prawda abstraktu, wstępu i podsumowania, ale te elementy - bardzo ważne dla całej pracy - zrobimy już jak wróci Ulubiona Szefowa i zobaczy czym tak na prawdę dysponujemy. Grunt, że wyniki opisane.

W gruncie rzeczy kiedy tak długo pracuję nad czymś, to zawsze mam taką zajawkę, że Szefowej może się wydawać, że ja nic nie robię. Nie widzi wszakże żadnych efektów mojej pracy miesiącami. Widzi tylko jak ślęczę nad komputerem, jak stawiam obliczenia (choć pewnie w tej kwestii też ufa mi na słowo) i jak "cośtam" piszę. Ilekroć pyta mnie o terminy to ja jakieś terminy podaję, chociaż nigdy się z nimi nie wyrabiam. To co dziś skończyłem miałem skończyć dwa tygodnie temu. Byłem pewien, że wykańczanie zajmie mi dwa, maksymalnie trzy dni, zanim Ona pójdzie na urlop. A tu kończę sprawę niemalże na pięć minut przed jej powrotem z urlopu. No ale jednak kończę. I taka to jest ta moja robota. Chwała zatem Ulubionej Szefowej za jej Anielską Cierpliwość.  

Pierwszą strukturę narysowałem w styczniu 2007. Znaczy od pomysłu, przez obliczenia do pierwszego opisu wyników zajęło mi 6 miesięcy. To wcale nie jest bardzo zły wynik. Zwłaszcza zważywszy na to, co działo się w międzyczasie w tzw. tle.

Teraz trzeba to wydrukować i jutro mogę zabierać ze sobą w trasę do pierwszej, jeszcze mojej własnej, korekty. W przyszłym tygodniu wraca Ulubiona Szefowa i wreszcie będę miał co jej rzucić na stół. Oczywiście nie mam żadnych wątpliwości co do tego, że po Jej korekcie w pracy zostaną głównie spacje (i to też z uwagą, że większość z nich jest nie poprawna stylistycznie z punktu widzenia angielszczyzny naukowej, no ale może nikt w czasopiśmie się do tego nam nie przyczepi). Na to akurat jestem przygotowany psychicznie. Zawsze tak jest. Zawsze również z tego bałaganu coś się rodzi, a poród z Szefową jest i tak znacznie mniej bolesny niż z jej poprzednikiem, który poglądy miał podobne, tylko po angielsku umiał mówić i pisać znacznie gorzej (co mu nie przeszkadzało zarówno pisać, mówić jak i krytykować to co się napisało i powiedziało w sposób kategoryczny i nie znoszący sprzeciwu). No ale te czasy już minęły. Na szczęście.

Więc do wydruków i... do domu!

czwartek, 28 czerwca 2007
Kto późno przychodzi ten późno wychodzi

W zasadzie to przeraża mnie trochę godzina, która pojawia się w dolnym prawym rogu pracowego komputera. 20:40. A ja w pracy. W zasadzie, bo z drugiej strony muszę sobie przyznać, że do pracy trafiłem tak gdzieś o 13:30, więc dosyć późno. Więc suma summarum jest uczciwie i bez specjalnych przegięć. Jakoś tak ostatnio przestawił mi się czas. Wstaję późno, chodzę spać też nie-wcześnie, to i czas pracy też przedryfował. No ale na szczęście nikt tego się nie czepia, bo i kto miałby się czepiać, skoro Ulubionej Szefowej nie ma, bo jest na urlopie, a jakby nawet była to pewnie też nie miała by nic przeciwko temu.

A robota idzie do przodu. Znowu zrobiłem kolejnego susa. Postawiłem kolejną z tych małych kropek, które składają się na dużą kropkę, która kończy. Na razie duża kropka też kończyć będzie tylko wersję zerową, ale aby powstała wersja końcowa najpierw ktoś kiedyś musi postawić kropkę na zerowej. A zdaje się, że ta Zerowa Kropka zostanie postawiona niedługo. Oczywiście z dokładnością do tego co już pisałem o tym, że przewidywanie zakończenia zadania nie jest moją mocną stroną, bo zawsze wydaje mi się, że to już blisko, a tym czasem przede mną jeszcze szmat drogi. No ale coraz więcej rzeczy leży już na tej kupie, coraz więcej tematów zostało prowizorycznie zamkniętych więc może jednak... 

No i zaczynam czuć wreszcie plusy nie-chemicyzowania się. Po prostu praca posuwa się do przodu ciągiem. Nie rozbija się o cotygodniową utratę zdolności do myślenia. W weekendy staram się odpoczywać, tarzać się na łonie zaniedbanej przez chorobę rodziny. Nie pracuję wtedy umyślnie, by mieć siłę na pracę w tygodniu. I to chyba działa, mimo, że przeciążony organizm od czasu do czasu staje dęba i odmawia posłuszeństwa. Ale ja widzę w tej chwili, że w ciągu jednego dnia jestem w stanie zrobić ze dwa razy tyle ile mogłem zrobić w trakcie leczenia. Jest znacznie lepiej. Choć z drugiej strony być może to wrażenie finiszu, bo wszystko teraz się ładnie kończy. Zbieram wyniki prawie półrocznej pracy. Nawet nie tyle zbieram, co mam je już zebrane. O leżą tam na kupie w kąciku. Nie. Jeszcze nie śmierdzą. I mam nadzieję, że ich do tego stanu nie doprowadzę ;-D 

No tak. Czas jednak iść do domu. Tylko gdzie ja o tej porze kupię Dobry Chleb? To jest Dobre Pytanie. 

środa, 27 czerwca 2007
Noc Janowodna

Zaczęło się od tego że skończył mi się Jasiek. Więc trzeba go było uzupełnić. Sprawa nie jest prosta, bo wody Jana w M.ST. nie jest łatwo dostać, a przy okazji kosztuje monstrualne pieniądze (ok. 5 PLN za 1.5 litra). W zasadzie to chciałem zrobić jeszcze jakieś drobne zakupy. Skojarzyło mi się, że autobus, który napotkałem po drodze z pracy jedzie do jakiegoś centrum handlowego. Cóż z tego że w przeciwną stronę. Cóż z tego, że bez żadnej gwarancji Jaśka. Właściwie to Jasiek chwilowo mi wypłynął z umysłu. Przypłynął z powrotem kiedy już siedziałem w środku. Kobyłka u płotu pomyślałem i tak wylądowałem w tym egzotycznym centrum handlowym. Pierwsza niespodzianka to "zdrowy" sklep mambo-dżambo. Druga - jest Jaśko. Trzecia - o k...urcze 6.40 PLN za półtora litra. To ja wracam do standardowego źródła w centrum. Takich pieniędzy płacić nie będę. Ale co tam. Zajdę jeszcze na supermarket. W końcu mam jeszcze jakieś drobne zakupy do zrobienia, a tu na pewno będzie trochę taniej. Wszedłem na sklep i intuicyjnie pożeglowałem na wody mineralne. I jakież było moje zdziwienie, kiedy znalazłem mojego Jaśka po 3.64 PLN za 1.5 litra! Z radości puściłem się w wir zakupów. Zanim się obejrzałem przepuściłem ćwierć stówy. Na kolację będą kanapki z łososiem wędzonym i makrelką wędzoną. Poza tym Najlepsza z Żon będzie tuczona swoimi ulubionymi homo-serkami i łobuzem-arbuzem. Jak świętować to świętować! W końcu nie codzień znajduje się Jaśka po tak pięknej cenie. (Czy to już brzmi jak cytat z reklamy supermarketu AGD?). Jako że centrum handlowe okazało się być w bliskim zasięgu Najlepszej z Żon wkrótce zjawiła się i Ona. I chwała Bogu. Bo kupowałem "do wózka" nie zważając na wagę tego co kupuję. Więc jak przepakowałem towar do toreb to... rączki mi zwiędły, nóżki się ugięły, stanąłem przed widmem przeciążenia i wołania o ratunek i pomoc. A na dodatek zapomniałem kupić cytryny. A łosoś bez cytryny... No nie godzi się. Sklepy w tym centrum handlowym już się zamykały. Ale na szczęście na przeciwko jest drugie centrum o nieco korzystniejszych godzinach otwarcia, choć o mniej korzystnych cenach. Ale co tam. Dla łososia w Noc Janowodną trzeba zdobyć cytrynę. Idea znalazła poparacie u Najlepszej z Żon i pożeglowaliśmy na przeciwko. Ja jeszcze dostałem loda na dobranoc, a Najlepsza poleciała upolować "kanarka".

Teraz siedzę sobie w kuchni nad zastawionym stołem. Wygląda to wszystko bardzo pięknie i smakowicie. Herbata dymi z kubków, łosoś łososieje swoją piękną barwą na talerzu, obok kanapeczki z masłem i białym serkiem, a w kącie talerza niewielka wędzona makrelka. Na oddzielnym talerzyku przygotowana do wyciśnięcia cytrynka. Palce lizać. Żeby tylko jeszcze Najlepszą z Żon oderwać od telefonu. Ale to nie będzie prosta sprawa bo Wyżej Wymieniona rozmawia ze swoim bratem przez Skype'a. Jak wiadomo jest TYLKO JEDNA RZECZ, która jest w stanie oderwać Najlepszą z Żon od książki. To TELEFON. Sposobu oderwania Jej od telefonu jak na razie jeszcze nie opracowałem. No chyba że przy pomocy nożyczek. Ale skutki takiego działania mogły by się okazać nieodwracalne i zgubne obopulnie. W końcu Skype wisi na tym samym kablu, na którym ja teraz siedzę i piszę. To chyba nie byłby najlepszy pomysł. Cóż. Przyjdzie mi pewnie jeszcze trochę poczekać.

Są plany na weekend. Żeby się tylko nic nie posypało.

No to wymyśliłem sobie co mam robić w weekend. W czerwcu nie robiłem jeszcze kolejówki więc trzeba ten błąd nadrobić. A tu jeszcze szanowna Matka PKP uruchomiła mi piękny pociąg do Kołobrzegu. Piękny bo jedzie planowo po linii, po której od pół roku nic nie jeździło. Jedzie do Działdowa, a tam zmienia lokomotywę na spalinową i dalej już ciągnie do samego Szczecinka pod dieslem. Odcinek od Działdowa do Brodnicy jest od pół roku martwy. Ja ten pociąg chcę wykorzystać na odcinku do Grudziądza (żądza Grudziądza rządzi nieustannie - ponoć poza jednotorowymi tramwajami mają tam rewelacyjne niepasteryzowane piwo; może uda się spróbować?). Tam mam przesiadkę na pociąg do Malborka. To kolejny niejeżdżony przeze mnie kawałek linii spalinowej. Dalej już prosty pośpiech do Tczewa, mam nadzieję, że uda mi się w Tczewskim barze dworcowym coś przekąsić, bo to lokal znany i lubiany. A z Tczewa kolejna atrakcja - osobowy do Chojnic, gdzie przesiadka na osobowy do Piły. Cała trasa od Tczewa do Piły też niejechana jeszcze przeze mnie i cała "unplugged". Z Piły już klasycznie pośpiechem do M.ST.

Zabiorę szkic publikacji, bo w pociągach dobrze mi się myśli. W przyszłym tygodniu wraca Ulubiona Szefowa więc warto tą robotę wygładzić, przemyśleć na świeżo. Będzie przyjemne z pożytecznym.

A w niedzielę... może jakiś lajtowy wypadzik do Torunia? Od tak, żeby posiedzieć sobie na rynku przegryzając pierniki? W końcu bilet znowu będzie ważny dwa dni...

Żeby tylko nic mi nie siadło, to będzie pięknie!

wtorek, 26 czerwca 2007
O sygnaturkach na gadulcu

Czasem aż głupio zajrzeć na gadulca. Moi znajomi bardzo często w sygnaturkach wypisują bardzo osobiste teksty. Są takie delikatne, miłosne - ślady ich uczuć do ich bliskich. Strach spojrzeć, żeby nie zniszczyć, nie zbrukać, nie pobrudzić. Poezja życia codziennego.

Moje sygnaturki są proste. Nie ma życia przed pierwszą kawą. Poszedłem jeść. Chth+3. Mam dość. Chyba im zazdroszczę. Trochę.

O dziś

Wreszcie jestem zadowolony z tego co zrobiłem. No nie jest to jakiś wyczyn, ale dał mi satysfakcję skończenia pewnego etapu. To takie dziwne uczucie - pracuje się nad czymś przez kilka tygodni i nagle człowiek stawia kropkę. I wie, że to jest właśnie ta kropka. Kropka, która kończy coś istotnego. I dziś postawiłem jedną z takich kropek. I bardzo mnie to ucieszyło.

Jeszcze kilka takich kropek jest do postawienia. A każda z nich jest radością i satysfakcją. Choć chciałbym potrafić powiedzieć, że postawię taką kropkę za tydzień, za miesiąc, za rok. Ale to mi zupełnie nie wychodzi. Zdaje się, że jestem o krok, że jeszcze chwila, że już za najbliższym rogiem, a tymczasem ciągle jeszcze nie. Ciągle jeszcze nie to. Ciągle jest jeszcze coś do zrobienia. "Kiedy to zrobisz?" Pytają. A ja odpowiadam. I powiem szczerze - jeszcze chyba ani razu nie podałem prawidłowej daty. Ani razu nie zdążyłem w terminie. Z jednej strony zawsze coś wypada. Głównie choroba. Z drugiej jednak strony zupełnie nie potrafię określić czasu potrzebnego mi do wykonania danego zadania. Daje sobie zakładki - a i tak się nie wyrabiam. Zakładki są za małe.

No ale zrobiło się, przyklepało i można przejść do następnego etapu.

Drobiowo
Jeszcze jedna reminiscencja z "tarzania się na łonie". Tym razem raczej dość zabawna. Otóż podczas wizyty w jednym z miejscowych sklepów średniopowierzchniowych zauważyłem ciekawą ofertę. Brzmiała ona "Schab drobiowy 12.95 ZŁ". No i oczywiście musiało paść kluczowe w takim wypadku pytanie:
"A gdzie kura ma schab???"
Najlepsza z Żon znalazła odpowiedź bardzo szybko. Niemal odruchowo.
Acz jako że była to odpowiedź niespecjalnie elegancka i niekoniecznie parlamentarna (a może w dzisiejszych trudnych czasach właśnie nadmiernie parlamentarna?) to jej tutaj nie zacytuję licząc na domyślność P.T. Czytelników.
poniedziałek, 25 czerwca 2007
(Po)krzyżowanie

Na łonie było miło. Do czasu. Do czasu kiedy organizm stanął dęba i odmówił posłuszeństwa. A miałem właśnie wracać do domu. Zabierać się do pracy. Nawet zdążyłem się o ten powrót posprzeczać z Najlepszą z Żon.

Rano wstałem o piątej i... mój brzuch odmówił posłuszeństwa. Nici z rannego powrotu. Nici z pracy. Nici pokłębione do granic możliwości. Do przysłowiowego imentu. Szlag by to trafił. Obolały i wściekły. Tracę cierpliwość. Jest paskudnie. Rzucam się na ludzi z twarzą. Ludzi, którzy chcą mi pomóc. Nie mam cierpliwości rozumienia ich chęci pomocy. Ich pomoc nie działa. Ich pomoc mnie tylko rozsierdza. Wprowadza zamęt tam gdzie potrzebuję spokoju. Jak nie potraficie mi pomóc to dajcie mi spokój. Nie róbcie hałasu. Nienawidzę hałasu. Jazgotu bezskutecznych akcji ratunkowych. "Może to zrobić? Może tamto zrobić?" NIC NIE ZROBIĆ. CICHO. SPOKÓJ. "A gdzie był błąd? A może coś złego zjadłeś? A może czymś złym nakarmiłam?" A JAKIE DO JASNEJ ANIELKI MA TO TERAZ ZNACZENIE? ŻADNE. WIĘC DAJCIE SPOKÓJ DO JASNEJ CHOLERY. IDŹCIE SOBIE. ZOSTAWCIE MNIE W SPOKOJU. NIE CHCĘ POMOCY. I TAK JEJ MI NIE DACIE. A NAWET JAK CHCĘ TO NIE WIEM JAKIEJ POMOCY. NIE PYTAJCIE MNIE. JA NIE WIEM JAK BĘDZIE DOBRZE. CZY BĘDZIE DOBRZE.

Do tego jeszcze skutki uboczne środków przeciwbólowych. Dziwne są. Na pograniczu snu i jawy. Jest ból, ale ten ból nabiera jakichś dziwnych znaczeń. Znaczeń, o których wiem, że są, ale których nie pamiętam kiedy się budzę. Szaleństwo jakieś zupełne. Dziwactwo. Do tego senność przez cały dzień. Nie można się na niczym skupić. Nic przeczytać. Tylko się podsypia. A ból gdzieś i tak przebija od czasu do czasu. Nie odpuszcza.

Zawsze byłem dumny z mojej cierpliwości. Gdzie ona teraz jest?

piątek, 22 czerwca 2007
Przesssspane
No to pospałem. Rano wizyta pani E. Nawet byłem w miarę przytomny. Ale potem to już w zasadzie tylko sen. Obudziłem się w południe. Tylko po to by zasnąć z powrotem. A potem to już poszło samo. Najlepsza z Żon czyniła próby telefoniczne dobudzenia mnie. I nic. Podjąłem próbę uzyskania informacji o wczorajszej kontroli. Jak należało się spodziewać bezskuteczną. Wyniki nie przyszli. Przecież wiadomo, że wyniki same nie chodzą. Więc wiadomo również, że nic nie wiadomo. Mam zadzwonić w poniedziałek. Dobra. Zadzwoni się w poniedziałek. A teraz z powrotem spać. W końcu obudziłem się. Trochę. O siódmej. Wieczorem. Kiedy nadeszła Najlepsza z Żon. I właściwie to nie jestem od tego, żeby wrócić spać. Wszystko przez kombinacje młotków i innych takich. Moje wnętrzności cały czas nie chcą negocjować. Nie myślą o kompromisie. Może powinienem im zaproponować jakieś pomieszczenie zastępcze? Żeby nie negocjować w warunkach szantażu gastrologicznego? No nie wiem. Sam już nie wiem. Zieeeeeew. A w brzuchu bulk.
Jutro jadziem się tarzać na łono. Oby z lepszym skutkiem niż dwa tygodnie temu. [O kurcze jak ten czas szybko leci]. Najlepsza z Żon sugeruje żeby zabrać robotę na wyjazd, bo dziś wszakże zrobiłem duże nic. Ale ja się zaciąłem i powiedziałem, że w ten weekend nie będę pracować. Kiedyś muszę zrobić sobie wolne. Nie wiem czy to racjonalne. Ale coraz bardziej mi potrzebne. Z resztą już widzę się oczami wyobraźni jak ja będę pracować na łonie...
| < Marzec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
Popieram akcję ochrony doliny Rospudy
Ten blog jest optymalizowany do oglądania w przeglądarce Firefox przy rozdzielczości ekranu 1024x768 px.