Chth to chemioterapia. L to life. 73 to założona przeze mnie długość życia. Statystycznie nie żyję już od kilku lat więc może się uda.
piątek, 06 lipca 2007
Nieudana ucieczka

Złapało mnie koło wpół do trzeciej. Kilka minut po tym, jak poszedł mój brukselski kolega przelatujący właśnie przez M.ST. Koszmar. Osłabienie. Duszno. Czułem, że muszę się położyć. Czułem, że muszę jechać do domu. Więc zamknąłem interes i poszedłem... podreptałem truchtem intencjonalnym na przypracowy przystanek. Deszcz był paskudny. Chciałem trafić do domu jak najszybciej. Uciec do łóżka. Zamknąć oczka na godzinkę albo dwie. Odpocząć. Szybko odpocząć. Autobus przyjechał nawet prawie zaraz. Wsiadłem.

Jechałem.... 1.5 h. Jeden wielki korek. Wszystkie moje dolegliwości zdążyły mi przejść po drodze. Nie przeszkadzało, że 300 metrów jedzie się w kwadrans. Nic nie przeszkadzało. W końcu dojechałem na pętlę. Przedreptałem w deszczu do kolejnego autobusu. Na szczęście stał i czekał. Do domu wdrapałem się już nawet dość sprawnie. Ale i tak się położyłem na kilka minut. Czeka mnie jeszcze dentysta. Jemu nie ucieknę. Chociaż... trzeba zbierać siły.

Sernikowy sen

[Śniło się nad ranem, na lekkim bólu brzucha]

Mój dom rodzinny. Przed śniadaniem. Matka i siostra jeszcze śpią. Ja z ojcem zajadamy się sernikiem w pokoju oglądając telewizję. Sernik jest przepyszny, przywieziony prawdopodobnie od jakiejś rodziny. Są go dwa kawałki. Jeden lepszy, a drugi gorszy. "Bronię" lepszego przed ojcem, żeby go całego nie zjadł i żeby coś zostało dla siostry. W telewizji oglądamy dość dziwną dyscyplinę sportową. Konkurs skoków narciarskich, które polegają na tym, że w powietrzu trzeba strącić unoszący się balonik. Ojciec twierdzi, że przez ten sernik i przez te skoki spóźni się do pracy. Ja mu odpowiadam, że ja u siebie to ryzyko mam wkalkulowane. Ten sernik jest na prawdę super.

09:20, mac_74 , Sny
Link Komentarze (1) »
czwartek, 05 lipca 2007
Droga

I znowu dreptu, dreptu, dreptu, dreptu...

Po co ja właściwie wstawałem z tego fotela? No tak. Żeby dotrzeć do domu. Dreptu, dreptu, dreptu... Po uczcie roboczej życie uświadamia mi swoje ujemne strony. Dreptu, dreptu, dreptu... ależ te osiemdziesięciolatki to mają kondycję. Dreptu, dreptu, dreptu... może by gdzieś przysiąść? Ale nie ma gdzie niestety. Dreptu, dreptu, dreptu... W dawnych czasach turystycznych miałem takiego kolegę, który co trzy minuty drogi pod ciężkim plecakiem miał zwyczaj krzyczeć FAJRANT! Oj jakbym sobie teraz tak krzyknął. Mimo, że plecak nie aż tak ciężki. Dreptu, dreptu, dreptu... O kurcze! Pieczywo trzeba kupić!

Sklep. Stanie w kolejce jest bardziej męczące od dreptania. Na szczęście kolejka jest krótka.

Dreptu, dreptu, dreptu.... Przystanek. Wreszcie można przysiąść. Autobus. Dreptu, dreptu... podbieg... dreptu, dreptu... fotel... UFFFF!!!! Cóż, że na około, ważne że na siedząco!

Wczoraj jechałem w szczycie. Trwało to bitą godzinę. Dziś po szczycie. Wyrabiam się w niecałe pół. Ale kiedyś niestety trzeba wysiąść. I miga mi autobus przesiadkowy. Więc czeka mnie... dreptu, dreptu...

Dreptu, dreptu, dreptu... a jak przyjedzie następny? Mam do przejścia jeden przystanek. Jak mnie minie? To co? To skucha? Wielka Skucha! Ale zwykle wygrywam. Dreptu, dreptu, dreptu... I jeszcze padać zaczyna. No nie miało kiedy. Cholera jasna. Dreptu, dreptu, dreptu... Ale wygrałem!

No. Już widać domek. Brama. Teraz zacznie się katorga. Do góry. Dlaczego tu nie ma windy??? Bo nie? Bo to stary budynek? Nie! Bo muszę dbać o swoją kondycję! (Której nota bene nie mam).

Dreptu... dreptu... dreptu...

O Boże....

Daleko jeszcze?

Już. Dom. Nareszcie.

Wróciłem do Siebie. Po kolejnej godzinie odpoczynku.

No to właściwie można iść spać. To już nie powinno być daleko. Dreptu, dreptu, dreptu?

Dzień dobrej roboty

I znowu zapowiadało się średnio, bo z domu wyroić się wcale nie mogłem. No tym razem przynajmniej dolegliwości mnie oszczędziły jakoś więc ranek lepszym się wydawał od kilku poprzednich. Do tego noc dłuższa niż zwykle, bo poprzedniego dnia jakoś tak z kurami niemalże spać poszliśmy, a sen przyszedł raz-dwa-trzy.

Ale po śniadaniu dzisiejszym tradycyjnie spadła na mnie niemoc wymagająca popchnięcia pożywienia ożywczym i dużym kubkiem kawy. Do roboty szło się już w miarę raźnie, chociaż godzina na zegarze późna. Obiad pracowy zignorowałem, bo kto to słyszał jeść obiad dwie godziny po śniadaniu, mimo, że menu brzmiało dość zachęcająco. Wypiłem drugą kawę i wziąłem się do pracy. No nie powiem, żeby z zapałem. Na dworze to samo badziewie co wczoraj, deszcz łamany przez chmury łamane przez niż taki, że po prostu od podłogi trudno się oderwać. Ale jakoś ta druga kawa na mnie ładnie podziałała. Bo z minuty na minutę szło mi coraz lepiej. Najpierw leniwie przejrzałem prasę fachową. Ale nic ciekawego nie wyszperałem poza jakimś marnym artykulikiem niedość, że nie do końca w moim temacie to jeszcze tłuczonym na niewłaściwych metodach. No ale nic. Nie zraziłem się i przeszedłem do tego samego gęstego. Kawa mózgu zaczęła buzować i robota ruszyła z kopyta. Nie zdziwiłbym się jakby na korytarzu przez zamknięte drzwi słychać było jak furczy.

Przerwę na obiad zrobiłem sobie koło czwartej i do tej pory nie zastanawiam się, czy to nie był błąd. No niby zjeść coś trzeba, ale wybrałem chyba zły lokal, dostałem za dużą porcję, którą oczywiście zupełnie niesłusznie zjadłem w całości (przez "a co się będzie marnować" to ja kiedyś wykituję) i ciężki jak dynia popełzłem z powrotem do roboty. Samo żywienie zajęło mi z 1.5 h do tego jeszcze najmniej 0.5 godziny na restart, bo oczywiście wnętrzności długo zastanawiały się czy na pewno przyjąć oferowane im przysmaki i nie protestować. Czasem zastanawiam się jakiego koloru jest to miasteczko rozłożone w moim szanownym przewodzie pokarmowym, w którym siedzą i protestują przeciwko temu co zjadłem. Ale nie. Tego to ja chyba akurat raczej wiedzieć nie chcę. Raczej na pewno. W każdym razie po długotrwałych pertraktacjach pokarm został jednak niechętnie zaakceptowany. Odetchnąłem z ulgą i wróciłem do roboty. I znowu zaczęło furczeć. Teraz skończyłem kolejny kawałek, spojrzałem na zegarek i stwierdziłem, że zaczynać następnego nie ma sensu.

Jestem zadowolony. Nie wiem czy ta inwencja twórcza wróciła mi wraz ze spadkiem temperatur do rozsądnych i zupełnie akceptowalnych przeze mnie zakresów (mimo paskudztwa pogodowego poza tym), czy też dlatego, że odstawili mi chemię i wogólę lepiej mi mózg dzięki temu pracuje, tudzież mogę pracować dłuższymi kawałkami nie mając cotygodniowej konieczności odłączania się od tematu. Ważne że to działa. I niech działa. I niech cieszy. 

A Ulubionej Szefowej jak nie było tak nie ma. 

środa, 04 lipca 2007
Po deszczu
Świat mnie zmoczył.
Teraz schnę.
Śpi na stanowisku pracy
Zaczęło się wszystko za wcześnie rano. Znowu mnie zbudziło o godzinie niemożliwej czyli gdzieś koło piątej i już nie chciało pozwolić położyć się spać. Trochę popracowałem. Zrobiłem śniadanie.
Pierwszy senny kryzys przyszedł koło dziewiątej. Ale męczyło bólem dalej więc o spaniu nie było co wspominać.
Poszedłem do pracy. Tu mi przeszły dolegliwości. Jednak ciężko było się zabrać do czegoś sensownego. Bardzo liczyłem na powrót Ulubionej Szefowej, ale coś z moją matematyką ostatnio kiepsko. Nie przyszła.
Zaplanowałem sobie, że zjem obiad, napiję kawy i zabiorę się do roboty. A wyszło tak, że zjadłem obiad, napiłem się kawy.... a potem obudził mnie drzemiącego na fotelu dzwonek gadu-gadu po jakiejś godzinie. Zresztą bardzo smutny dzwonek, ale to już zupełnie inna historia. Więc wpisuję sobie karną uwagę "Śpi na stanowisku pracy" w moim blogowym dzienniczku i zabieram się do roboty. Naprawdę. No dobra. Spróbuję.
Za oknem deszczowo i pochmurnie. Niż niżysty. Deszcz dżdżysty. Jak rzadko kiedy mam ochotę na fajrant.
wtorek, 03 lipca 2007
Rocznice

Mijają rocznice. Jedna po drugiej. Chciałem je złapać. Uczcić. Poświętowąć. Ale przesypały mi się między palcami. Jak piasek na plaży.

Ten blog powstał 25 maja 2006. Nawet nie zauważyłem kiedy to minęło. Tak bardzo nie zauważyłem, że nic o tym nie wspomniałem w dniu urodzin. Po prostu nie zauważyłem tych urodzin. Ot tak, któregoś dnia to minęło. A potem zorientowałem się, że jest już po wszystkim.

Teraz przesypała mi się przez palce inna blogowa rocznica. Bardzo dla mnie ważna. Tym razem pamiętałem, ale cóż z tego, skoro Bieg Życia, Ta gonitwa straszliwa, Ta podróż nieustanna, Ten skład oszalały nie zatrzymuje się na wszystkich przystankach osobowych i pędzi na oślep ku swoim stacjom końcowym nie zważając na relacje na biletach podróżnych. I tak patrzę jak za oknem mija kolejna stacyjka, na której wysiadłbym na godzinę, może dwie. Może napiłbym się kawy w knajpce przy renesansowym rynku? Może popatrzył bym na ratusz, który widział już nie jedno i niejednego? Ale mój pociąg nawet nie zwalnia, semafory ma podniesione wysoko, rozkaz służbowy każe "jechać dalej bez zmiany prędkości!". Więc tylko patrzę smutno rozpłaszczając nos na szybie okiennej i wiercąc się w fotelu pierwszej klasy, który uwiera mnie już w plecy swoim sterylnym komfortem klimatyzacji, a przyklejony do twarzy konduktora paskiem z księgowości uśmiech zaczyna coraz bardziej irytować.

Źle zaplanowałem trasę? Zmienili rozkład? Przecież ten pociąg miał tu stanąć. Zawsze stawał.

Czekając na medyków

Mieli przyjść rano, ale zadzwonili, że przyjdą po południu. Mimo, że ta firma jest akurat porządna, to coś z tym zarządzaniem czasem wszyscy medycy mają problemy. Rozwalili mi oczywiście cały układ dnia. Chociaż mój ulubiony szpital i Mądra Pani Doktór robią to znacznie skuteczniej i sprawniej, więc w zasadzie nie ma co narzekać. Ekipa doktorska była sympatyczna, przyszli, stwierdzili, że cele medyczne zostały osiągnięte, urządzenie piszczące odłączyli i mam teraz święty spokój. Wypisali oczywiście jakieś dodatkowe bonusowe medykamenta i górka "na drugie śniadanie" zwiększy mi się dość istotnie, przynajmniej na kilka najbliższych dni. A jako że to znowu są moje ukochane sterydy (dexamethason), więc pewnie znowu zrobię się okrąglutki jak księżyc w pełni. Ale co tam. Grunt, że wróciłem do żywych.

A przy okazji powiedzieli mi, że z tych sterydów nie wolno rezygnować nagle. Nagłe przerwanie leczenia może powodować dość nieprzyjemne skutki i trzeba schodzić zmniejszając dawki codziennie tabletka po tabletce. Ja te leki znam dość dobrze przez chemioterapię i zaczynam się zastanawiać, czy część paskudnych skutków ubocznych, których doświadczałem po chemii nie było związanych właśnie z gwałtownym ich odstawianiem po każdym kursie.

Jutro mogę spokojnie iść do roboty. A jutro też powinna pojawić się z urlopu Ulubiona Szefowa, więc będzie chwila prawdy dla mojej roboty. Wydrukowałem kolejną wersję, którą zamierzam złożyć jutro na Jej ręce (u jej stóp?). Cieszę się, że wreszcie będę mógł jej coś dać.

Teraz trzeba by się wziąć za kolejny temat i znowu mam dylemat "Osiołkowi w żłoby dano", bo zajęć jest aż za dużo i tylko trzeba znaleźć to właściwe, które będzie main-streamem przez najbliższe dni i tygodnie. "Tylko...". No właśnie. Jakieś kroki właściwie podjąłem, jakieś obliczenia puściłem. Trzeba by zacząć myśleć o konferencji, która jak co roku zaskoczy mnie na początku września, chociaż Ulubiona Szefowa nie naciskała przed urlopem za bardzo na ten temat - priorytetem była publikacja - ale teraz, po urlopie i ze szkicem publikacji w ręce sytuacja może się zmienić.

poniedziałek, 02 lipca 2007
Kleik ryżowy

Kleik ryżowy to danie główne od dwóch dni. Dziś na śniadanie urozmaiciłem go wersją bananową. Zjadliwa. Chociaż eksperymenty polegające na mieszaniu "czystego" kleiku z dżemem truskawkowym sprzed kilku dni były chyba bardziej udane. W ramach obiadu zaryzykowałem zmianę menu. Ugotowałem dwa jajka na miękko w Strasznej Maszynie do Gotowania Jajek. Smakowały jak diabli, co chyba nie dziwne po dwóch dniach bezsmakowej diety kleikowej. Zobaczymy co z tego wyjdzie. Mam nadzieję, że nie bokiem. Na razie nic nie boli mnie bardziej niż przed obiadem, więc powinno być dobrze.

Ogólnie to powoli wychodzę z tego bagna. Najgorzej było jednak chyba w sobotę. W niedzielę wezwaliśmy lekarzy. Niestety moja Osobista Pani Doktor (nie mylić z Mądrą) jest na urlopie więc trzeba było czekać, aż się wyroji z Centrali lekarz dyżurny. No ale wyroił się w końcu i przyjechał z pielęgniarką. Okazało się, że przy samoleczeniu zrobiłem pewien błąd taktyczny biorąc fioletowy młotek zamiast różowego, przez co trudno było stwierdzić co mi tak na prawdę jest. Lekarz wydał zalecenia, pielęgniarka przeszkoliła Najlepszą z Żon w kwestii obsługi jednego Skomplikowanego Urządzenia Piszczącego i pojechali. Zalecenia działają o tyle, że jeden z najbardziej złowróżbnych objawów sobie poszedł. Jestem drożny. Ale ból jeszcze się odzywa, w nocy musiałem użyć młotka (teraz już prawidłowego), więc z diety kleikowej schodzę bardzo ostrożnie i nieufnie.

Jest niewątpliwie lepiej bo udało mi się wrócić do pracy. To znaczy nie wyszedłem z domu, ale w domu w końcu też daje się pracować, a mimo problemów w sobotę, w którymś z pociągów wprowadziłem jakieś poprawki do publikacji na papierze i teraz przepisuję je do komputera. Przy okazji niejako wpadłem na jeszcze jakieś pomysły w tej dziedzinie i też staram się je zrealizować. Ku chwale Nauki Polskiej, Mego Pracodawcy i Ulubionej Szefowej. 

Tory Tucholskie - Fotokomórka

Bory Tucholskie na M.ST. Centralnym

Bory Tucholskie - tablica kierunkowa

Zmiana lokomotywy na stacji w Działdowie

Bory Tucholskie na stacji w Działdowie

Bory Tucholskie na stacji w Grudziądzu

Osobowy do Brodnicy na stacji w Grudziądzu

Osobowy z Tucholi do Malborka na stacji w Grudziądzu

Osobowy z Tucholi w Malborku

Wagony kolei rosyjskich RŻD na st. Malbork

Rosyjski wagon RŻD na st. w Malborku

Opóźniony 25 minut poc. posp. Rybak na st. w Malborku

Jedyne zdjęcie zamku w Malborku bez słupów trakcyjnychTczew - Chojnice - York

Deszczowe SU45 za chwilę ruszy z osobowym z Chojnic do Piły

 

| < Marzec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
Popieram akcję ochrony doliny Rospudy
Ten blog jest optymalizowany do oglądania w przeglądarce Firefox przy rozdzielczości ekranu 1024x768 px.