Chth to chemioterapia. L to life. 73 to założona przeze mnie długość życia. Statystycznie nie żyję już od kilku lat więc może się uda.
czwartek, 12 lipca 2007
A na wieczorny capstrzyczek

... świeżutki z polędwiczki befsztyczek.

Wychodzenie z kryzysu

Wychodzenie z kryzysu nie idzie mi najlepiej. Noc przespana średnio, ale już bez nadmiernych sensacji. No może z kilkoma pobudkami nad ranem, ale z bólem na dającym się wytrzymać się poziomie nie wymagającym dodatkowych interwencji farmakologicznych. Poranek przykry. Pobudka normalnie, koło 9-tej. Po czym czas egzystencji około 30 minut. Dokładnie tyle ile trzeba na wypicie kubka zimnej wody. I znowu ból brzucha. I znowu senność. Wracam do łóżka. Podejście drugie koło 11:00. Teraz lepiej. Fizycznie. Psychicznie dno. Zmęczenie. Nic się nie chce. Ale spróbujmy dalej, może się jakoś rozbucham. No to buch buch buch. Telefon z pracy. "Tak. Będę. Przepraszam za spóźnienie." Nastawienie do jakiejkolwiek aktywności ujemne. Ale ruszamy. W asyście Najlepszej z Żon. Ona jedzie gdzieś na drugi koniec miasta, akurat w moim kierunku. Wysiadam na swoim przystanku. Dreptu, dreptu, dreptu... znowu osiemdziesięciolatki mnie dublują na okrążeniach. Praca. Ulubiona Szefowa czegoś ode mnie chce. Nie bardzo łapię o co chodzi. Mentalnie cały czas nie mogę związać końca z końcem. Coś tam zaczynam robić w dziedzinie nie wymagającej nadmiernej czynności umysłu. I robię kawę. Tylko ona może mnie teraz uratować.

Powinienem ten dzień jeszcze zostać w domu. Jeszcze odczekać. W końcu wczorajsza noc była poniżej krytyki, w końcu nażarłem się tych przeciwbólowych i one teraz ze mnie wyłażą. Dziś może trochę lepiej, ale to widać mało. Do tego jeszcze słabiusieńkie wyżywienie - dwa dni na kaszkach ryżowych, żeby nie drażnić żołądka. Ostatnio niestety cały czas jest tak, że po awarii wydaje mi się, że "już teraz jestem dobry", po czym funduję sobie 30 minut umiarkowanego wysiłku fizycznego (spacerek od przystanku do przystanku) i okazuje się jak bardzo się myliłem. Zupełnie straciłem wyczucie własnych możliwości. Dawniej na regenerację potrzebowałem kilku godzin. Teraz już sam nie wiem. Ale na pewno dłużej.

środa, 11 lipca 2007
Kto jest Największym Gorylem w Naszej Dżungli?

Prawdę mówiąc ja już prawie zrezygnowałem z walki z lekarzami od leczenia mojej choroby. Przyjąłem do wiadomości odstawienie leczenia w związku z nadmierną toksycznością. Na szczęście w Naszej Dżungli jest Goryl Silniejszy i Większy ode mnie. Goryl, który tak łatwo się nie poddał. Nie poddał się za mnie. Połaził, pogadał z siłami medycznymi i... wygadał. Jest szansa na powrót do leczenia. Jest szansa na leczenie w M.ST. Jest lekarz, który "ma na mnie pomysł". Co z tego wyjdzie? Zobaczymy. Jest nadzieja.

Goryl w Nagrodę dostał pół kilo morelek. Pięknych i dojrzałych. Nagroda niewspółmierna do czynu. 

Znowu niedobrze

W nocy cztery godziny chodzenia po ścianach. Lekarstwa przeciwbólowe, które nie chcą działać. Brzuch cały czas boli. W końcu "młotki" zastartowały i przespałem cały dzień. Do luftu z tym interesem.

wtorek, 10 lipca 2007
Przylot

Na początku coś cicho zaszumiało na korytarzu. Jakby nadlatujący z daleka samolot. Trudno określić jakiej wielkości. Dźwięk stopniowo narastał. Nie. To nie była mała awionetka. W uszach huczało. To było coś klasy potężnego jumbo jeta. Nadlatywał pracowym korytarzem wymiatając zastarzałe tumany kurzu niedosprzątane przez nasze kochane służby porządkowe w ciągu ostatnich 25 lat. Dźwięk silników powoli przeszedł w wizg hamowania. Ilość pyłu na korytarzu gwałtownie wzrosła. Hałas zrobił się nie do zniesienia. Zatkałem uszy. W końcu hamulce uzyskały zamierzony efekt i pojazd zatrzymał się przed drzwiami mojej pracowni. Kurz powoli opadał. Po kilku minutach z tumanu wynurzyły się pneumatyczne drzwi. Otworzyły się z charakterystycznym sykiem powietrza. W drzwiach stała niska niepozornie wyglądająca kobieta. Powietrze stanęło na baczność oddając jej honory. Szybkim acz dystyngowanym krokiem opuściła swój środek transportu. Momentalnie słychać było, jak na pracowni wszystko przyspiesza. Nawet zegary procesorów podskoczyły na chwilę o 1GHz na rdzeń. Wszystko nabrało właściwego tempa i zaczęło zmierzać w ściśle określonym kierunku. Właściwym Kierunku.

Ulubiona Szefowa wróciła z urlopu.

Szybko i długo

Szybko zapominać o tym, co bolało
Długo pamiętać o tym, co cieszy 

poniedziałek, 09 lipca 2007
Recepta. Na sukces?
Jadę po receptę. Na drugi koniec miasta. Zamówiłem sobie przez telefon. Organizacja działa i jest na prawdę niezastąpiona. W moim szpitalu prawdopodobnie czekałbym na ten papierek przez bite osiem godzin, a Mądra Pani Doktór była by urażona, że jej takimi durnotami głowę zawracam zapracowaną i przeznaczoną do wyższych celów. Tu tymczasem zadzwoniłem i już wiem, że na mnie czeka. Niech więc wiozą mnie tramwaje i autobusy przez korki M.ST., a potem niech karta płatnicza wytrzyma niezbędne obciążenia i nie jęczy zbyt głośno podczas autoryzacji.
Sen: co nie jest modne w tym roku

[W zasadzie trochę się łamię, czy publikować ten sen, bo jest dość dziwny i taki tego.. no.. No ale niech tam. Powiedziałem sobie, że będę pisał o swoich snach, więc niech i ten będzie. Śniło się po różowym młotku, ale kiedy dokładnie to nie jestem w stanie powiedzieć, oprócz tego że ostatniej nocy.]

Idziemy większą grupą przez moje rodzinne osiedle w moim rodzinnym mieście. Miasto zmieniło się diametralnie, stoi co prawda cała ta wielka płyta znana mi z dzieciństwa, ale na parterach urządzono ogródki z knajpami. Przechodzimy właśnie przez taki ogródek i słyszymy za sobą tekst "W tym roku nie są modne małe piersi!". Tekst jest wyraźnie skierowany do nas, choć zupełnie nie mam pojęcia do kogo konkretnie. Jest nieco agresywny, szuka zaczepki. My prawdopodobnie szukaliśmy miejsca na jakieś drobne pojedzenie i ten lokal na pewno tym miejscem nie będzie. Zresztą sama knajpa, stylizowana na włoską pizzerię, też nie wygląda zachęcająco.

12:38, mac_74 , Sny
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 08 lipca 2007
Jakie to piękne uczucie...
Wreszcie nic nie boli od rana!
Ponoć kiedyś jakiś mądry gość na tym filozofię stworzył całą.
sobota, 07 lipca 2007
No to odpoczywamy

Noc znowu ciężka. Choć tym razem ze wszystkimi możliwymi zabezpieczeniami. Młotki działały co do minuty. Pisze na opakowaniu 4h - wziąłem o 2:25, przestało działać i obudziło o 6:25. Następny na szczęście podziałał dłużej. Wstałem na obiad. Pomidorówka z ryżem. Ostatni z przysmaków, który ubóstwiam, a który mi nie szkodzi.

Ale nadmiar młotków czuję wyraźnie. W nocy wziąłem ze trzy. Nie dało się inaczej. Ból nie dawał spokoju, a spać trzeba. W końcu odpuściło, ale skutki uboczne czuję. Przytłumienie i senność.

Wieczorem ma być sesja domowego sushi. Tym razem ma wpaść Nasz Wielki Przyjaciel. Tym razem ryż przygotowany profesjonalnie siedzi już pod kołderką. Zapowiada się nieźle. Tylko ja się boję, żeby nie zjeść za dużo. Żeby nie zaszkodziło. Nie powinno, ale... ostatnio ze mną to już zupełnie nic nie wiadomo :(

A co do odpoczynku - nie wziąłem znowu żadnych materiałów z roboty. Jestem z siebie dumny. Zresztą słusznie - i tak bym nie dał rady się na niczym skupić. Obiecuję sobie, że jak już mi siły wrócą to ja wrócę do czeskiego. Bo smutno mi patrzeć jak tak zarzucony w kącie leży. A na razie odpoczywam jak potrafię. Uczę się. Odpoczywać biernie.

| < Maj 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
Popieram akcję ochrony doliny Rospudy
Ten blog jest optymalizowany do oglądania w przeglądarce Firefox przy rozdzielczości ekranu 1024x768 px.