Chth to chemioterapia. L to life. 73 to założona przeze mnie długość życia. Statystycznie nie żyję już od kilku lat więc może się uda.
piątek, 01 września 2006
Metod parę na odwk... oddenerwowywanie się ;)

1.
Na początek kropel pare z prysznica
i już mniejsza jest złoślica

2.
Wypróbuj pojemność swojego bojlera,
Trochę przejdzie Ci cholera

3.
Wykradnij Żel Najlepszej z Żon
i kawał złości już pójdzie won

4.
Załaduj brudem pralkę po brzegi
I niech szlag trafi złości szeregi

5.
Zlikwiduj w kuchni swój Mont Everest
Twoja złość aż tak wysoka nie jest

6.
Zanim ukończysz dzisiejsze pranie
Te z wczoraj czyste rozsortuj panie

7.
Resztę cholery rozwieś z dzisiejszym
Byś mógł kolację zjeść spokojnieszym

8.
Potem spokojnie kołuj do spania
Dość już na dzisiaj tego wk.. zdenerwowania ;)

Chth 3 Ratunku! Co za cholerne popołudnie!

Poranek. Zaczęło się nawet przyjemnie. Może dosyć późno, bo do środków nasennych wydanych mi przez mój kochany szpital nie dostałem instrukcji obsługi i poszedłem spać późno, a wstałem jeszcze później. Ale potem był już tylko miodzio. Śniadanko w miłym towarzystwie okraszone przepyszną rozmową. To lubię, rzekłem, to lubię :)

Szpital. Cz. I. Dobre złego początki. No niestety. Pękło kolejne ćwierć stówy na taksówkę. Ale tak się płaci za zasypianie. Chwała Bogu jeszcze chyba mnie stać (eee... coś dawno nie zaglądałem na konto, czyżby aby na pewno?). W szpitalu wszystko zgodnie z planem. Nawet sama Mądra Pani Doktór zgłosiła się do mnie (sic!!!) żeby wypisać mi recepty. Oczywiście posadziła mnie w widocznym miejscu (żeby mieć mnie na oczach?) a sama zaczęła biegać za innymi sprawami. W tym czasie pojawił się znajomy doktor zupełnie innej profesji, ale niestety musiałem poprosić go o odczekanie na moment, gdy Mądra Pani Doktór jednak zajmie się tym, co mi obiecała. A trzeba powiedzieć, że jak już wzięła się do roboty (zaraz zaraz, jeszcze tylko dwie chemie wydrukuję i podpiszę) to wykonała ją solidnie i mam wszystkie możliwe recepty w ręku i zwolnienie też. Aż dziwne. Znajomy doktor innej profesji ulotnił się na chwilę, ale na szczęście zaraz wrócił i towarzyszył mi przez jakiś czas przy sączeniu ksylokainki (znaczy ja sączyłem, on towarzyszył) i umilał mi czas rozmową. Nie powiem. Lubię takie odwiedziny. W międzyczasie miło sobie poesemesowałem i wogóle zapowiadało się na pełną idyllę.

Szpital. Cz. II. Feralne popołudnie. Lecz niestety po przyjemnym przedpołudniu zaczęło się cholerne popołudnie. Podłączyli chemię i nic nie zapowiadało żadnych klęsk. Gdy nagle poczułem dziwny zapach. Ja go skądś znam... Popatrzyłem na spodnie. Jasna cholera! Nefrostomia puściła! Na szczęście aż tak źle nie było, bo rozłączyła się złączka między nefrostomią a workiem na mocz, ale wszystko poza skarpetkami miałem mokre. Chwała Bogu że przed tą cholerną akcją zdjąłem koszulę z długim rękawem. Uratowały mnie dziewczyny (siostry) i nieoceniona sanitariuszka pani Basia (jest jeszcze druga pani B. ale szczęście ta zołza diabelna nie miała dziś dyżuru). Zaopatrzyły w ubranka szpitalne, a spodnie poszły za okno się suszyć. Naładowany negatywnymi emocjami poszedłem kończyć chemię. A ona oczywiście jak na złość nie chciała lecieć. Próbowałem się przekręcać, kłaść na łóżku, nic. Leciała tak jakby chciała powiedzieć "o nie nie - przed północą to ty bratku nie wyjdziesz"). A tu jeszcze w zanadrzu druga butelka. O Boże, za co? Za co to wszystko? W końcu koło szóstej przeleciała (zwykle koło piątej jestem już przy tej chemii w domu!) No i druga butelka teoretycznie na pół godziny. I historia się powtarza. Nic. Nic nie działa. Kapie kropla na minutę. Jestem w końcu na vascu-porcie a nie na wenflonie, powinno lecieć wszystko ładnie, ale nie to g.. uparło się mnie uziemnić na noc w szpitalu. W końcu podwyższyłem stojak na maksa, usiadłem najniżej jak się dało i jakoś udało mi się to stoczyć. Ale byłem tak wypluty i wnerwiony, że dawno tak nie miałem. Stwierdziłem, że chromolę jeszcze wożenie się autobusami. Ale oczywiście portfel pusty. Znowu bankomat. Znowu wypłata. Oczywiście bankomat nie-mój więc kolejne 5PLN do tyłu. Szlag szlag szlag zaraz tu zginę. A taksówka... no oczywiście kolejne ćwierć stówy. Zbankrutuje przez ten szpital, jak Boga kocham. Z pozytywów przynajmniej taksówkarz okazał się ludzkim człowiekiem i miast katować mnie jakimś łubudubu puszczał Niedźwieckiego w Trójce.

Wieczór. Przede mną. Mam nadzieję, że niezbyt długi. Choć nie zapowiada się, bo na razie jeszcze nosi mni złość popołudniowa. Może uda mi się ją jakoś sensownie rozładować. Na razie wcinam śliwki. Skończy się pewnie rozwolnieniem. Ale na to po cichu liczę. Bo oczywiście chemia znowu mnie zatkała.

czwartek, 31 sierpnia 2006
Z życia słomianego wdowca...

Życie słomianego wdowca ma swoje zalety i wady. Można na przykład zaprosić sobie stado bardzo przyjemnych gaszyc ("gaszyca" = "gach" rodzaju żeńskiego) rozmieszczając je oczywiście w oddzielnych szafach by sobie nadmiernie do oczu nie skakału i tych, że pięknych źrenic - w kolorach przeróżnych, za które między innymi cenimy ich urodę - nie wydrapywały przedwcześnie, ale...

Ale właśnie. Ani nasza Ziuta, ani nasza Gocha, ani nasza Stacha zwykle w swoich gaszycowych kontraktach nie mają wpisanego wyrąbywania przejścia w bałaganie umożliwiającego swobodną komunikację pieszą między wyjściem z naszego mieszkania, łóżkiem i stołem kuchennym (a po dwutygodniowej nieobecności Najlepszego Strażnika Porządku czyli Najlepszej z Żon jest to zadanie godne ciężkiego sprzętu budowlanego klasy buldożer, spychacz, może jakieś prace wybuchowe?).

Nie zniszczą wszakże nasze gaszyce przeurocze swych pięknych koafiur przy zmywaniu niebosiężnego stosu garów piętrzącego się w naszym zlewozmywaku (no tu też dojście trzeba by odgruzować, bo ostatnio statkami - zabrudzonymi mrożonkami jedzonymi na zimno w keczapie - rzucaliśmy od stołu bezpośrednio starając się w miarę możliwości trafić na szczyt tego kuchennego Mont Everestu, a nie zawsze znajdowaliśmy się w stanie umożliwiającym nam pewne trafienie i podwyższenie najwyższego szczytu kuchni).

Nie umieją obsługiwać gaszyce nowoczesne naszego urządzenia piorącego pamiętającego zamierzchłe czasy Wielkiego Geniusza Polskiego Socjalizmu Edwarda G., który w niebieskich więzieniach wciąż odsiaduje wyroki pańskie (oczywiście za niespłacone długi, których i tam już narobił). A pranie zrobione trzeba rozwiesić, a to rozwieszone zebrać. Tego też nie ujmują kontrakty gaszycowe, bośmy je spisywali w warunkach ograniczonej poczytalności naszej tak bardzo, iżeśmy żadnych drobnych druczków umieścić zdolni nie byli niestety... a kto wie, co zmyślne nasze gaszyce - wszakże nie gustujemy w prymitywnych bezmózgich samicach myślących wyłącznie o seksie i różowych ciuszkach - dopisały swoim druczkiem 6pt w naszych gaszych cyrografach...

Życie słomianego wdowca nie jest więc różami usłane, a jeśli nawet, to owe róże kolcami ranią nasze słomiano-wdowcze stopy boleśnie i krwią naszą wzmacniają barwy delikatnych pąków tych szlachetnych kwiatów.

...

Ech.
Co za pech.

:-D
Chth 2. Duże zmęczenie

Noc. Wczorajsza noc była krótka. Stanowczo za krótka. Dopiero o 24:00 zorientowałem się, że należy iść spać. Ale zasnąć udało mi się znacznie później. Koło 2:00. 6.5h to za mało. Stanowczo. Odczułem to w szpitalu podczas Chth. Oczka na zapałki. Dziś na wszelki wypadek wydębiłem środki nasenne. Zjem tabletkę o 22:00 i mam nadzieję już o 23:00 grzecznie chrapać aż do standardowej 8:30.

Jaki dzisiaj dzień tygodnia? Poza tym od samego rana byłem święcie przekonany, że dziś jest piątek. Nie wiem skąd mi się wzięło. W każdym razie dopiero koło 14:00 moja Pani Doktór uświadomiła mi mój błąd i przekonała do czwartku.

Praca. W głowie wata. Próbowałem pracować. Idiotyczny pomysł. Nic nie szło. Myślenie na poziomie ujemnym. Cały czas czuję parcie do skończenia tych cholernych posterów. Ale efekt impotenta w tej dziedzinie teraz bardzo daje mi się we znaki. Im bardziej chcę to robić tym mniej mi wychodzi. To boli. Powinienem to rzucić w cholerę do końca chemii. Ale strach przed tym, że nie zdążę robi swoje. A zagrożenie wygląda realnie. Trudno się pogodzić, że praca teraz jest bez sensu. Że trzeba odpuścić i zaryzykować ciężki koniec przyszłego tygodnia.

Film. Znowu obejrzałem Rok Dabla. W oryginale. Nie było dobrze. Nie potrafiłem się skupić na filmie.

Nowa pacjentka. W szpitalu siedziałem przez jakiś czas i gadałem z dość fajną młodą dziewuszką. Jest dość świeża, nowotwór na ręce, Ta sama Mądra Pani Doktór prowadząca, support mamy i podobne do mojego podejście do choroby. Przyjemnie pogadać.

Komórka, laptop i internet. A przy okazji zrobiłem u niej wywiad na temat komórek i internetu. Wogóle mile widziane wszelkie rady w komentarzach. Otóż siada mi komórka, prepaid w Orange, muszę ją zmienić. Zależy mi oczywiście na zachowaniu numeru. Więc chyba na zmianę operatora nie ma szans. Potrzebuję możliwości korzystania z internetu z laptopa, najlepiej właśnie przez komórkę. Mogę podpisać umowę jeśli stanie się konieczne (ale priorytetem jest zachowanie numeru). Podobno jest jakaś ciekawa oferta w Plusie nie zależna od operatora połączeń komórkowych. Jak pisałem. Wszelkie rady lub ewentualne doświadczenia w tych sprawach mile widziane, bo jestem zielony w tych sprawach, a na reklamach wolałbym się nie opierać.

środa, 30 sierpnia 2006
Chth 1. Wrony nad szpitalem i trochę marudzenia

W deszczowe popołudnie wyszedłem ze szpitala. Nad jego dachem bawiły się wrony. Chyba tylko te ptaki i ich krewniaki z krukowatych potrafią tak ładnie się bawić. Łapią wznoszący prąd powietrza, pozwalają się unieść, a potem szybują wykonując różne fantazyjne akrobacje w powietrzu. Ależ to wygląda. Tylko trzeba to zauważyć. Zdziwiło mi się, że w tak paskudną pogodę im się chce.

A pogoda paskudna jest dzisiaj od rana. Leje. Rano zasiedziałem się w domu i wydałem dodatkowe fundusze na taksówkę. W sumie to bez sensu. Oczywiście jakbym się spóźnił na tą 11:00 to by się nic nie stało. Ale lekarzostwo sobie zażyczyło że mam być, więc byłem. Ale na nieszanowanie mojego czasu przez lekarzostwo to narzekałem już wczoraj, więc dzisiaj sobie daruję.

No i dali mi tą chemię. Dobrze że wcześniej kazałem sobie podać "zlecenia" bo do tej pory bym kiblował pod kroplówką. Sami by pewnie na to nie wpadli. Bezwładność tego szpitala jest obezwładniająca. Nie wiem czy to ogólny klimat, czy coś co nazywam systemem.

"Sprzedałem" kolejnego diabła. Mam nadzieję, że jego nowy właściciel będzie zadowolony :-D

Dziś mam jeszcze wizytę. Odwiedziny chorego przez tzw. rodzinę. Będzie trzeba pogospodarzyć. Nie chce mi się, bo najchętniej to zaszyłbym się w jakimś kącie i zapomniał o wszystkich tych rzeczach, które powinienem. Brrr... nienawistne mi słowo "powinienem" padło. Się go nie lubi. Niech ono sobie idzie. Precz. I byle daleko. 

I to by było na tyle.
Goryle.
Szynszyle 

wtorek, 29 sierpnia 2006
miało być chth...

Wieści dobre: było usg. Wynik: stabilny. Ani lepiej, ale na szczęście także ani gożej.

Wieści złe: wynik usg nie dotarł do lekarza prowadzącego. Nie podpisana chemia. Do domu po ksylokainie. Jeden dzień w plecy. Chemia od jutra.

Moi lekarze uważają, że w szpitalu liczy się wyłącznie ich czas. Mój zaś ma się dostosować. Jeszcze rozumiem, kiedy coś nagle wypada. Ale tu jest kwestia jednej rozmowy. 10 minut czasu pani doktor to jeden mój dzień w szpitalu krócej lub dłużej dla mnie. I z powodu tych 10 minut plany poczynione przed chemią idą się kochać. Ale ja nie mam prawa do planowania swojego życia kiedy się leczę. Irytuje mnie to strasznie.


poniedziałek, 28 sierpnia 2006
To był ciężki dzień

Już wczoraj zaczęło się niefajnie. Bolał brzuch. Spacyfikowałem różowym młotkiem. Dziś rano obudziłem się i bolała nerka. I pacyfikować się nie dała. Pojechałem do szpitala. Tam mieli oczywiście znacznie szerszy zestaw młotków. Postawili na relaks w kroplówce. I udało się. Przy okazji okazało się, że stosowanie młotków nie jest wskazane (mimo, że sami je zalecali) bo młotki powodują skurcze, a mnie trzeba rozkurczu. Poza krwią i moczem diagnostyki nie robili. Jutro ma być USG. Chociaż już wielokrotnie słyszałem, że ta technika w przypadku mojego nowotworu nie daje najlepszych efektów (czyt. oszukuje). Ale chwała Bogu chodzę już jak człowiek na dwóch łapach i po ziemi a nie na czterech i po ścianach jak to miało miejsce rano. I z tego się należy cieszyć.

Moja Pani Doktór dziś podwiozła mnie do domu! No może nie pod dom bo musiała by skręcać w lewo w nieznanym sobie terenie, ale na dzielnicę mnie podrzuciła. Bardzo to miło z jej strony. Przy okazji wydębiłem od niej kilka informacji, których udzielić w szpitalu nie miała czasu. Boi się, że te moje objawy to efekt progresji. Ale twierdzi, że ma jeszcze kilka pomysłów leczenia mnie. Że nie odstawią mnie na większe i mniejsze młotki. Ciekawe - mówi prawdę, czy oszukuje? Po tylu razach kiedy słyszałem jak nasi lekarze u nas na oddziale oszukują pacjentów moje zaufanie do niej jest nieco słabsze. Zresztą sama mi się kiedyś przyznała do oszukiwania pacjentów. Co prawda w stanie bliskim śmierci, kiedy chemia więcej mogłą zaszkodzić niż pomóc, a ja jestem jednach chyba cały czas w stanie względnie dobrym ale... 100% zaufania już nie mam. Z drugiej strony uważam się za dość ciekawy przypadek, oni chyba też mnie za takiego mają, a ciekawych przypadków się szybko nie odpuszcza. Więc może jednak? Martwić się tym bardziej nie zamierzam. Szkoda czasu.

niedziela, 27 sierpnia 2006
Kolejówka Sierpniowa II. Jeden kapelusz i dwie głowy

Komórka. Dlaczego takie rzeczy wychodzą w ostatniej chwili? Otóż w wieczór poprzedzający przed samym wyjazdem nastawiłem budzik w komórce. Komórkę podłączyłem do ładowarki. Po czym spokojnie kontynułowałem przygotowania. Koło północy kiedy już miałem iść spać sprawdzam godzinę na komórce. A komórka... zupełnie rozładowana. Coś nie styka na styku ładowarki i aparatu. Kręciłem, wierciłem - i nic. Zmieniłem komórkę na nową, którą trzymała sobie Najlepsza z Żon na gorsze czasy. Ale okazało się, że tamta komórka lubi tylko jedną sieć. Nie moją. Jeszcze jedna próba z moją komórką. Tym razem udana. Jest druga w nocy. Komórka nastawiona na 4:30.

Oleńka. Pociąg pospieszny "Oleńka" relacji Warszawa Wschodnia - Wrocław Główny wjedzie na tor przy peronie czwartym. A z trzeciego okazało się, że znajomi jadą. Do Gdańska. Bezpośrednio. Oni też zakręceni, tylko w inną stronę, więc bardzo mi się nie dziwią. Jadą za jakieś strasznie śmieszne pieniądze, bo wiozą ze sobą dziecko bardzo nieletnie. I wtedy ponoć łaskawa PKP IC ulgi prorodzinne daje.
Pociąg stosunkowo zapchany. W jedynce wolne pojedyńcze miejsca. Wsiadam i znikam. Budzę się w Częstochowie. Większa połowa pociągu wysiada.

Sen. Przejeżdża wózek z prowiantem. Kupuję kawę. Pociąg jedzie bardzo powoli. Słaba jakość torów między Częstochową a Opolem. Kołysze. Buja. Zasypiam. I o dziwo coś się śni. Park. Zielony. Zaniedbany trochę. Rzeka. Ja i ładna dziewczyna. Spacer. Żadko coś mi się śni ostatnio. A w pociągu jeszcze żadziej. To było Bardzo Miłe.

Wrocław. W pięć minut nie da się opisać. Kupiłem browar. Książ bodajże. Bo nie znałem. Teraz znam. Jednak chyba następnym razem poszukam Piasta.

Przesiadki. O dziwo mimo, że kilka pięciomiunutowych wszystkie wypaliły. Dopiero w Tczewie przechytrzyłem. Wysiadłem z osobowego do Gdyni żeby się przejechać pospiesznym Kaliningrad - Gdynia. I ten dziad miał 50 minut spóźnienia. Zmęczony byłem już dosyć bardzo. Pojechałem pospiesznym z Katowic.

Gdańsk. Sparaliżowany koncertem. Najlepsza z Żon jechała wczoraj spod Żnina i podobno na mieście Gdańsku niezły Meksyk. Nie dość że standardowo rozkopane, to jeszcze z kupą dodatkowych objazdów.

Dziś. Wstało się późno. Pojechaliśmy do Gdyni zobaczyć morze. Widziało się morze. Potem pociągiem do Olsztyna. 20 minut w plecy. Przesiadkę na M.ST. łapałem już na Olsztynie Zachodnim. Do Olsztyna tłok. Od Olsztyna luz. Zadziwiający rzekłbym. Obie trasy przespane. Budziłem się na ważniejsze stacje.

M.ST. Autobusy. Domek. Poczta. Blog. Spać.

piątek, 25 sierpnia 2006
Zapach deszczu za oknem

Kończyłem drugi poster. Wersja do dyskusji zerowa. Kwintesencja ostatnich kilku zmęczonych dni.
I wtedy zaczęło padać. Wiedziałem że ten deszcz do mnie idzie. Z południa. Wszystkie znaki na niebie i ziemi na to wskazywały. I zaczęło pachnieć.
Deszczem.

Rozluźnienie. Relaks. Spokój. Koniec pracy. Początek weekendu. W kieszeni bilet na całą Polskę. Na wszystkie pociągi niespiesznie pospieszne i nieludzko osobowe. Bilet pierwsza klasa. Zacznie działać jutro.
Jutro przed ranem wstać. Przed ranem wsiąść w autobus. I o wschodzie ruszyć. Ale nie na wschód. Ruszyć w przeciwną stronę niż cel. Ale do celu dotrzeć.
Podróż z emocjami. Podróż o której do końca nie wiadomo. Gdzie. Kiedy.
Przesiadki pięciominutowe. No risk, no fun.

Wyszedłem z pracy. Było już ciemno. Chyba pierwszy raz tego lata po ciemku wychodziłem z pracy. Padało. Więcej. Lało. Strugą deszczu moczyło. Tu nie pomoże kapelusz. Bo kapelusz chroni przed kapaniem. A to już nie było kapanie. Pryszniczyło.

Zakupy. Zaplanowany autobus. Nie przyjeżdża. Może się rozpuścił? Rozpłynął się w deszczu? Musująco? Z bąbelkami? Z autobusami w M.ST. nigdy nic niewiadomo. Nie rozpuścił się. Przyjechał. +6.

Krytyczna masa. Masa nienawistnych rowerzystów nienawidzących nienawistnych kierowców i co sobie nie miłe czyniących bliźniemu. Żeby świat zobaczył, że są. Bo jak światu nie dasz w mordę to świat nie poczuje. I przejedzie po tobie walcem. Na trzy czwarte. Na czwartych trzy po korku. Ale teraz się nie spieszę. Bo gdzież się spieszyć. Jutro będę się spieszył. Tu i tam się będę spieszył. Po peronach będę skakał, pociągi za ogony łapał. Ale teraz mogę sobie spokojnie posiedzieć i popatrzeć jak masa moknie. Jak pęcznieje masa mokra na deszczu. Jak w deszczu strugami kałuż się oblewa, jak papla i się tapla. Na mokro.

I przyszło się do domu. I powódź się zastało. I szmatę się wzięło. I powycierało. Jak to dobrze, że powódź da się zlikwidować szmatą. To takie proste. A wszystko przez okno. Na gwiazdy.

Jutro zacznie się wcześnie.
Czy też będzie pachnieć deszczem?

| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      
Popieram akcję ochrony doliny Rospudy
Ten blog jest optymalizowany do oglądania w przeglądarce Firefox przy rozdzielczości ekranu 1024x768 px.