Chth to chemioterapia. L to life. 73 to założona przeze mnie długość życia. Statystycznie nie żyję już od kilku lat więc może się uda.
czwartek, 19 lipca 2007
W pogoni za własnym ogonem

Motto:

Ja wiem, że ja posiadam jakiś ogon. Ja wiem, że on gdzieś mi się majta. Ale za cholerę nie wiem, gdzie on się teraz znajduje. A chyba warto bym wiedział.

Od dwóch dni nie mogę się dogonić. Świat nie pędzi jakoś specjalnie co prawda, ale moja kondycja i tak nie pozwala mi na złapanie właściwego tempa. Tu walka z dolegliwościami, tam upały, ówdzie praca, gdzie indziej leczenie. Za dużo tego wszystkiego i za szybko. Do tego dokłada się pogoda i to, że jestem coraz mniej przewidywalny. Wczoraj zdawało by się, że są lepsze warunki temperaturowe, a wracając do domu omal nie wykitowałem, tak fatalnie się czułem (ciśnienie?). Dziś jest znacznie cieplej, a czuję się lepiej (choć z drugiej strony nie ma koszmarnego upału, jakie mordowały mnie na początku tygodnia). No inna sprawa, że dziś startowałem bardzo późno i bardzo długo, bo w robocie stawiłem się dopiero 14:30.

Ranek wogóle był dość krytyczny. Zburczałem Bogu ducha winną Najlepszą z Żon, a w nagrodę od Świata dostałem zawiadomienie z Policji, że znowu okradli chałupę mojej Ukochanej Babci. Nie mam siły już o to dbać. Jakiś czas odłożyłem ten obowiązek "na lepsze czasy", ale jak system działa i uważa mnie za odpowiedzialnego za ten interes. Trudno. Niech sobie uważa. Nie stanę na głowie. Jakieś drobne kwoty na podatki i prąd mogę płacić. I tyle. Nic więcej niech nikt ode mnie nie oczekuje.

Właściwie przełomem było przedostanie się do pracy. To zawsze wnosi "świeży powiew" do mojego organizmu. Ostatnio dużo siedziałem w bibliotece, co jest o tyle przyjemne, że jest tam dużo chłodniej, a o tyle nieprzyjemne, że nie przepadam za wyszukiwaniem pojedyńczych cyferek w opasłych tomach na podstawie nieścisłych odnośników. No ale cóż - czasem trzeba.

Teraz na szczęście już większość tych prac jest zakończona i "dłubię się" w kolejnej rzeczy, którą kwalifikuję jako pracę znośną, acz nie pracę marzeń. Poprawiam publikację. Zaczyna ona już wyglądać jakby miała ręce i nogi, ale szlifowania jest jeszcze dużo. Trzeba jakoś wstawić te dane co je wykopałem nie niszcząc misternej konstrukcji stworzonej przez Ulubioną Szefową. Trzeba poprawić rysunki i tabelki. Do tego jeszcze trzeba pilnować formatu, bo Word został stworzony dla ludzi ograniczonych umysłowo i dba o to, żeby taki człowiek się nie przepracował - a że został stworzony również przez ludzi ... [tu wstawiamy kilka wyrafinowanych komplementów należnych Ludziom z firmy na M.]... to mu oczywiście nie wychodzi to dbanie o Ograniczonego Użytkownika.

Dobra. Wystarczy tego narzekania. Więcej ponarzekam sobie jutro. A teraz spróbuję przebić się przez piękne M.ST. do domu.

środa, 18 lipca 2007
Kolejny dzień
Kolejna nadzieja, że będzie lepiej. Zapowiada się nieźle. Świat rusza do przodu i oby się nie posypał do wieczora.
wtorek, 17 lipca 2007
Zgotowałem się

Rano powrót bólu. Na szczęście na umiarkowanym poziomie. Udało się to spacyfikować. Prawdopodobnie przy upale szybkość uwalniania leków przeciwbólowych z plastra jest szybsza i moje plastry oddały co miały. Wymiana na nowe załatwiła sprawę, choć pobudka o 5 rano nie była przyjemna. Potem jeszcze czas na zastartowanie, jeszcze kilka paskudnych skurczy w brzuchu. Jeszcze kilka przygód z wnętrznościami i decyzja: nie idę do roboty. Za dużo tego wszystkiego. Upał nie do wytrzymania.

Startujące plastry ogłupiają, a tu jeszcze wizyta u lekarza. Ważna. Załatwiona. Wynik: będzie lekka chth od przyszłego tygodnia. W zasadzie niewiele więcej do mnie się przebiło przez ten upał. Ale ta wiadomość jest dobra. Co prawda nie wiem jak to wszystko wytłumaczę Mądrej Pani Doktór. Czy nie poczuje się urażona, że szukam pomocy poza nią. Mądrzej jednak chyba będzie współpracować z tym lekarzem. Wydaje się solidniejszy, a ma do tego swoją markę specjalisty. No i chce pomóc. Nie załamuje rąk. Jeśli jest szansa - to trzeba z niej korzystać.

Powrotną drogą dołączam do spotkania Najlepszej z Żon z Naszą Wspólną Znajomą Emigrantką. Świadomość jest gdzieś obok. Jest za gorąco. Rej wiedzie Najlepsza z Żon. Dosiada się O.M.C. Szwagrowa. Jest wesoło. Jestem z nimi, ale gdzieś obok. Godzę się z tym. Trudno. Tak musi być. Mogę z nimi być tylko tak jak jestem. One chyba też to przyjmują. Bo cóż więcej da się zrobić. Czekam na ochłodzenie.

Każdy ból odczuwam jako przegraną. Trudno mi się z nim pogodzić.

poniedziałek, 16 lipca 2007
Odpukać w niespakowane bity...

Jest dobrze. Siedzę w pracy i mimo koszmarnego upału pracuję. Mózg działa nadzwyczaj sprawnie. Organizm nie protestuje. Oby tak dalej. Prawdę mówiąc po wczorajszych akcjach po raz wtóry czuję się zadziwiony pomysłami mojej fizjologii. Tym razem na szczęście in plus.

Upał zaszkodził za to komputerom. Siadła klimatyzacja, a te maszyny są na to czułe bardziej ode mnie. To pewnie początek standardowych letnich problemów obliczeniowych, które pojawiają się gdy temperatura na dworze przekroczy 30 stopni Celcjusza. Więc obliczenia leżą i czekają aż temperatura spadnie albo naprawią klimę.

Ja i bez tego mam co robić. Prace nad publikacją - teraz już prowadzone przez Ulubioną Szefową - intensyfikują się. Co chwila dostaję jakąś tabelkę lub rysunek do poprawki, odnośnik do uzupełnienia albo daną do odkopania. Dziś "kopałem" się w bibliotece za dwoma niezbyt dużymi liczbami przez dobre 3 h. Ale je odkopałem i dostarczyłem, co w tych warunkach pogodowych uważam za wielki sukces.

niedziela, 15 lipca 2007
Coraz mniej mi się podoba.

Po w miarę spokojnym i dobrym dniu poszliśmy na spacer do parku. Wieczorem, jak już upał zszedł. 500 m do ogródka piwnego (ja na herbatę). W jedną stronę jakoś poszło. Piwo było dobre (podobno), herbata też jakoś weszła. Problemy zaczęły się z powrotem do domu. Tak wesoło to dawno nie było.
Zaczynam się poważnie bać najbliższych dwóch dni. Ale może z Grubym Józkiem jakoś przetrzymam. W środę jest szansa na deszcz.

No i lato wróciło
Wszystko leci z rąk, codzienne czynności stają okoniem, żar leje się z nieba, łażę wściekły i się ciskam. Do tego nic mi się nie chce, ale na szczęście dziś jeszcze chcieć się nie musi. Gożej będzie jak chcieć się będzie musiało. Najchętniej wyniósł bym się gdzieś, gdzie temperatury nie przekraczają 25 stopni Celcjusza, bo po tych kilku godzinach w "trzydziestce" już mam dosyć. A to podobno dopiero początek.
Na plus - przespałem całą noc, praktycznie bez bólu i dodatkowych prochów. Nie wiem czy to lekarstwa tak dobrze działają, czy kolejny kryzys mam za sobą. Po innych objawach przypuszczam, że zbliżam się jednak do końca kryzysu. Tak czy siak przynajmniej na tym froncie zdaje się widać pozytywne perspektywy (odpukać w niespakowane bity). Byle tylko chłodniej się zrobiło.
sobota, 14 lipca 2007
Kolejna noc, kolejny kryzys
No i niestety znowu chodziłem po ścianach. Wczoraj wieczorem pomógł dopiero drugi młotek. Nie brałem do tej pory takiej ilości różowych młotków w jednym rzucie. Ale po jednym było dokładnie tak jakbym niczego nie brał, więc po pół godzinie wziąłem drugi. W nocy pobudka na kolejne tabletki - młotek jest punktualny - działa dokładnie 4 godziny i ani minuty dłużej. Rano znowu na bólu. Na szczęście przekonsultowałem się u lekarza i udało się ustawić środki przeciwbólowe tak, żeby działały. Jestem przytłumiony, ale układ młotków działa sprawnie i teraz już nic nie boli (odpukać w niespakowane bity).
Z niepokojem czekam na obiad. Ma być delikatny schabik z kaszą i buraczkami. Brzmi nieagresywnie, ale ostatnio to już sam nie wiem co może być agresywne, a co nie. Bardzo mi jest niedobrze z tym, że choroba odbiera mi przyjemność z jedzenia. Doprawia je strachem przed skutkami ubocznymi i całą przyjemność szlag trafia. A ja tak lubię jeść...
piątek, 13 lipca 2007
Na razie idzie wszystko dobrze

W związku z trzynastym i piątkiem na razie (odpukać w niespakowane bity) nic się nie dzieje. Rano miałem nawet dość konkretnego farta, bo doszedłem do roboty kilka minut przed bardzo porządną ulewą. Jakby mnie zmoczyło to mogło by być wesoło.

Obiadek zjadłem ze smakiem, choć Ulubiona Szefowa wygłosiła uwagę na temat zostawiania surówki. Z surówką zawsze jest problem. Ostatnio nie bardzo się lubię z surowymi warzywami, więc ich po prostu nie jem. Ale za to nasze kucharki są szybkie i zwykle zanim zdążę usta otworzyć to już mam pożywną porcję warzywek na surowo na talerzu. A potem tego nie zjadam i gram na nerwach Szefowej, że marnuję jedzenie. Ale to nie jest zbyt istotne. Ważne, że nic mi się z wnętrznością nie gryzie (odpukać w niespakowane bity).

Praca wrzała jak to z Ulubioną Szefową na pokładzie, ale teraz już powoli stygnie, bo Szefowa sobie poszła, a mnie się pomysły na robotę skończyły. Może jeszcze wchłonę jakiś mądry artykuł i adios amigos robotos, witaj weekendzie co przede mną.

Na weekend na razie pomysłów brak. Ale bierne spędzenie go w domu nie wydaje mi się nadmiernie złym pomysłem. W zasadzie jest do odwiedzenia rodzina, jest do obejrzenia Shrek 3, ale co z tego wyjdzie zobaczymy. Mam taki luz, że nie musi wyjść nic, a i tak będzie dobrze. A może jednak wrócę do czeskiego? Byle tylko się nie posypać.

Trochę martwią mnie prognozy "poprawy" pogody na przyszły tydzień. Ten zakres temperatur, który jest bardzo mi odpowiada i nie bardzo mam ochotę na zmiany. No ale cóż. Jest w końcu lato i zmarzluchy też mają swoje prawa.

O rany. Czasem tak przyjemnie jest popisać o Rzeczach Małoistotnych.

Wszystko może się zdarzyć

Trzynastego w piątek.

Może nie powinienem wychodzić z domu? A może właśnie to będzie dzień rewelacyjny? Zobaczymy. 

czwartek, 12 lipca 2007
Nieco przerażający sen ostrawski

[To jeszcze reminiscencje dzisiejszej nocy. Znowu lekki ból brzucha, znowu nad ranem. Tym razem bez żadnych prochów, nie licząc plasterka.]

Wychodzę za granicę Polski. Wchodzę do Czech przez ciemne pomieszczenie po bardzo stromej drabinie. Wynurzam się na ulicy. Sprawdzam, czy mam wszystkie konieczne dokumenty. Wszystko jest w najlepszym porządku. Mogę tu być przez kilka godzin. Wiem, że to jest czeska Ostrava. Skojarzenia z piosenką o Ostravie Nohavicy. Obok przejeżdża pociąg. Wiem, że będę wracał pociągiem do Polski, już nie tym dziwnym przejściem. Obok przechodzą czeskie policjantki. Idę w miasto. Jest po południu, może pod wieczór, ale ludzi nie ma. Znam te okolice. Już kiedyś tu byłem (w rzeczywistości to już kiedyś mi się śniło!). Wchodzę do sklepu, w który znam z poprzedniej wizyty. Za mną wchodzi jakiś menel. Jest brudny i chyba lekko upośledzony umysłowo. Sklep mają zamykać, bo jest późno. Sprzedawczynie (też jakby mi znane i zdaje się, że mówiące po polsku) uśmiechają się. Wychodzę. Menel idzie za mną. Staram się mu umknąć. Nie daje się. On cały czas idzie za mną. Zatrzymuję się. Próbuję mu powiedzieć, żeby się odczepił. Zdaje się mnie nie rozumieć. Cały czas idzie za mną. Dochodzę na okrągły plac. Tu kiedyś były tramwaje, ale dziś nic nie jeździ. Menel jest cały czas ze mną. Poza nim na ulicy nie ma chyba nikogo. Niedługo będę musiał wracać do Polski. A On cały czas tu jest. Znowu próbuję mu tłumaczyć, żeby sobie poszedł. Bez skutku. Przez przypadek dotykam jego twarzy. Zostaje na niej ślad potu, który zmywa warstwę brudu, pod którą pojawia się jasna i czysta skóra.

22:30, mac_74 , Sny
Link Komentarze (3) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 80
| < Maj 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
Popieram akcję ochrony doliny Rospudy
Ten blog jest optymalizowany do oglądania w przeglądarce Firefox przy rozdzielczości ekranu 1024x768 px.