Chth to chemioterapia. L to life. 73 to założona przeze mnie długość życia. Statystycznie nie żyję już od kilku lat więc może się uda.
czwartek, 26 lipca 2007
W skrócie
Chemia zacznie się jednak w piątek. Mój stan niestety nadmiernie się nie poprawia. W brzuchu burczy orkiestra dęta. Do tego zmagam się cały czas z różnymi bólami - sam już nie wiem skąd one się biorą. Wczoraj byłem w pracy, coś tam zrobiłem w kwestii publikacji, dziś było na tyle wesoło, że się już nie zdecydowałem na taką wycieczkę. Za to na wieczór wybieramy się na Świąteczne Sushi. Nie wiem czy coś zjem, ale przynajmniej posiedzę sobie w miłym towarzystwie. Żeby tylko się nie posypać. Idę "bez obciążenia" a to chyba ma dla mnie krytyczne znaczenie.
wtorek, 24 lipca 2007
Może wreszcie odpuści

Za chwilę jadę na tą nową chemię wymyśloną przez Zdolnego Doktora. Wiążę z nią dużo nadziei. Nadziei na razie skromnych i może trochę irracjonalnych. Nadziei, że będę mógł wreszcie odstawić plastry przeciwbólowe i normalnie spać. Normalnie jeść. Pojechać gdzieś bez ryzyka, że się zepsuję w połowie drogi. Wszystkie te objawy, których chcę się pozbyć są prawdopodobnie skutkami ubocznymi brania taksanów, więc w zasadzie nowa chemia nie powinna na nie pomóc. Ale może? Kto wie.

Realnie rzecz biorąc chodzić będzie o stabilizację. Zatrzymanie wzrostu. W zasadzie oczywiście od ostatniej tomografii nic nie wiadomo na temat tego czy choroba rozwija się czy stoi w miejscu. I w ogóle z diagnostyką będą problemy, bo to-to świństwo daje się dobrze obserwować tylko na tomografii, a tych badań za często robić nie mogę. Więc znowu będzie trzeba leczyć się "na wiarę". Ale przynajmniej zgodnie z obietnicami Zdolnego Doktora cała ta terapia ma być nieobciążająca. No to zobaczymy co się pod tym kryje.

Noc znowu była bardzo ciężka. Ból budził mnie kilka razy - i co niezwykłe a nieco niepokojące - nie przeszedł sam z siebie rano. Musiałem brać dodatkowe środki przeciwbólowe. Stąd teraz łażę (a właściwie siedzę) nieco trzepnięty i nie zdecydowałem się na wycieczkę do pracy. Nie wiele bym zrobił sensownego - bo albo ból nie dałby mi spokoju, albo środki przeciwbólowe zmąciły myślenie - i tylko bym się zmęczył przejazdami.

Jak będzie rzeczywiście nieobciążająco to może popracuję jak wrócę do domu, bo w końcu praca, która mnie czeka nie jest specjalnie trudna i nie wymaga specjalnego wysiłku intelektualnego. Byle by otępienie po środkach przeciwbólowych zeszło (a ból nie wrócił) to będzie w porządku.

O! Zaczyna padać deszcz na dworze! Trzeba zacząć wychodzić.

poniedziałek, 23 lipca 2007
Rozkład Jazdy Autobusów Miejskich
Rozkład jazdy autobusów miejskich to taka tablica, która stoi zwykle na przystanku autobusowym, na której napisano numery autobusów i dużo różnych godzin. Te godziny to są takie godziny, co do których wiadomo na pewno (z prawdopodobieństwem rzędu 95%), że o tych godzinach na przystanku nie pojawi się autobus.
Zyski po weekendzie

No i minął weekend, spędzony w domu, choć chciałoby się gdzie indziej. Jedna nocka była cięższa, reszta do zniesienia, a może nawet i dość dobre. Tej pierwszej odlepił się plaster, odpadł i część środka przeciwbólowego przestała działać. Stwierdziłem to dopiero następnego dnia i dolepiłem nowy plaster.

W sobotę niespodziewana wizyta z Organizacji. Byłem trochę zaskoczony, ale osobę przyjąłem najlepiej jak potrafiłem. W sumie było chyba miło. Trochę straszono mnie tą wizytą, zupełnie niepotrzebnie. 

W niedzielny wieczór wróciła Najlepsza z Żon z Głuszy i przywiozła podarki. Najpiękniejszy jest piękny kawałek świeżo wędzonej domowej polędwicy. O rany jak to pachnie. O rany jak to się kroi. O rany jak to wygląda. O rany jak to smakuje! Tego się nie da opisać. Za taką wędlinkę dałbym się pokroić. I niech kiszki grają 9 Symfonię - ale nie zagrały. Nie poszkodziło.

A na deserek kilka słoiczków kompotu z czarnych jagód. Pyszota. Dziś jadłem je do mojej kolacyjnej kaszki. Rewelacja.

Dziś praca znowu ruszyła. Może niezbyt pospiesznie, ale do przodu. Już wiem do jakiego czasopisma celujemy z naszą publikacją. No całkiem wysoko celujemy. Trzeba próbować - najwyżej odrzucą. Przygotowywałem materiały dodatkowe i sprawdzałem wymagania czasopisma. A w międzyczasie jeszcze jedną cząsteczkę ciągnąłem za rączki i nóżki. I tak to przetoczył się ten dzień roboczy.

W domu wieczorem  wizyta Mojej Osobistej Pani Doktor. Bardzo dużo wyjaśniła odnośnie brania leków. Dużo rozjaśniła. Wreszcie lekarz, który mówi z sensem. Po moich doświadczeniach z moim szpitalem zwątpiłem w istnienie takich ludzi w tej profesji. I wygląda na to, że zupełnie niesłusznie.

niedziela, 22 lipca 2007
Dość niesamowite wrażenie
Zostać uwięzionym na prawie godzinę przez burzę ulewną nad talerzem prostej acz pysznej pomidorowej z makaronem w niezbyt drogim barze w centrum M.ST.
Pomarzenie

Idzie deszcz, a mnie przyjdzie chyba iść do apteki, bo jakieś leki mi wyszły i jakoś same wrócić nie chcą. Zabieram więc czarny parasol i lecę na miasto. Ale to zaraz.

A pomarzenie będzie kolejowe. Jak zwykle. Już o nim pisałem, ale teraz, kiedy trochę uwięziło mnie w domu warto wsiąść sobie w wirtualny pociąg i gdzieś pojechać. Teraz chodzi za mną pomysł dość drogi i nieco wariacki, ale może właśnie czasem o to chodzi. Pomysł, który teraz jest wybitnie nie na moje siły, ale liczę na to, że jednak moje kryzysy kiedyś miną i będę mógł go zrealizować. Bo właściwie przy nieco lepszej stabilności mojego zdrowia i odrobinę lepszej kondycji jest on do realizacji.

Pomysł opiera się na bilecie weekendowym InterCity. Pewnie stuknę sobie pierwszą klasę więc zaboli kieszeń, ale raz w miesiącu mogę sobie odbić te wszystkie smutne dni, które przesiedziałem w domu sącząc gęstą kaszkę ryżową o smaku bananowym. Pomysł wymaga poświęceń snu, bo zaczyna się bardzo bladym świtem. Ernest Go.. przepraszam.. Malinowski wyjeżdża z M.ST. już o 6:05 rano. Po drodze atrakcja turystyczna - przystanek we Włoszczowej Północnej, najbardziej politycznej stacji w Polsce. A celem Muszyna. Podróż długa, ale piękna. Na miejscu stawiłbym się tuż przed obiadem. Potem jakiś spacer, może jakaś woda niemoralna (trzeba się tylko zwiedzieć co mi wolno poza Jaśkiem). W zasadzie mógłbym jechać od razu do Krynicy na wyżej wymienionego Jaśka, ale to by mi skróciło pobyt, a i samą Muszynę wolę od Krynicy za klimat. A może uda się zrobić i jedno i drugie? No kto wie? W końcu Erni wraca do M.ST. dopiero koło czwartej właśnie z Krynicy. A koło czwartej trzeba by wsiąść do klimatyzowanego wagonu pierwszej klasy i wrócić do domciu na późną kolację.

To byłby plan na pewną sobotę. A na niedzielę? Wszakże grzechem było by gdyby zmarnowałby się mój dwudniowy intercitowski bilet pierwszej klasy. No na niedzielę trzeba by pojechać w inne góry! Na przykład wsiąść po ósmej w ekspres "Wisła" i pojechać do Małyszowa. Znowu dojechałbym na sam obiad. Połaził ze dwie trzy godziny po Wiśle lub Ustroniu, kto wie - może też zaliczyłbym jakiś mały zdrój - po czym znowu koło czwartej wsiadł w powrotny ekspresik do M.ST. i stawił się w domu na wieczór.

Tak. Te pomysły mi się podobają. Teraz trzeba już tylko zebrać siły, by starczyło na ich realizację, kupować bilety, pakować aprowizację na drogę i jechać. Ale to jeszcze nie dziś, nie jutro. Pewnie w najlepszym wypadku na początku sierpnia. Byle trochę kondycja się poprawiła.

No a tymczasem na dworze zrobiło się ciemno i z deszczu szykuje się nie lada burza. I co ja mam teraz robić? Jechać na miasto na te zakupy czy czekać aż przejdzie? Ech mądra ty głowo. Cały dzień było słońce to z zakupami czekałeś na popołudniową ulewę. 

sobota, 21 lipca 2007
Dylemat wieczoru

Czy jajecznica może mi zaszkodzić?
Może.

A czy zaszkodzi?
Zobaczymy.

Wczorajszy wieczór

Po robocie autobus do domu nie chciał przyjeżdżać. A na zachodzie chmury się burzyły srogo. Wsiadłem w cokolwiek i podjechałem. Ale to nic nie dało. Dalej nie było lepiej. Dobrych środków komunikacji jak na lekarstwo, a deszczowe chmury coraz bliżej. W końcu przyjechał właściwy bus. Najlepsza z Żon melduje się z trasy do Głuszy. Omijają korki pod Wyszkowem. A u mnie jeszcze jedna przesiadka. Kilka kropel deszczu. Jeszcze tylko wejść tych kilka pięter na górę. Tylko... No nie było tak źle.

W domu zaduch straszny i pustki. Tylko gryzonie patrzą na mnie jakby smutno. Włączyłem wiatraczek. Gryzonie wypełzają spod półek w klatce i wyciągają pyski do źródła przewiewu. Stroszą się by zwiększyć powierzchnię chłodzenia. O rany, jakie one robią miny do tego wiatraczka. Na dworze zrobiło się zupełnie ciemno. To burza zaczyna się burzyć.

Siedzimy z gryzoniami, chłodzimy się wiatraczkiem i słuchamy Listy Przebojów Trójki. Nad M.ST. szaleje burza. Błyska i grzmi. W radio trzaski. Lista idzie ze Szklarskiej Poręby. Nie lubię wyjazdowych list, ale trudno cóż robić. Zastanawiam się na co jeszcze mam ochotę. Wyciągam miskę i napuszczam ciepłej wody. Wkładam nogi do miski. Ciepła woda. Miło. Zamykam oczy. Jestem w niebie. Gryzonie chyba mnie nie rozumieją. Hmmm... ciekawe czemu. 

piątek, 20 lipca 2007
Myślałem...

.. że jak mam zrobić tylko analizy w szpitalu i nie czekać na wyniki to wyjdzie mi to tak hop siup i po wszystkim. No to złapało mnie w szpitalu. I 1.5 h z głowy. Potem dość upiorny przejazd przez M.ST. z zaliczaniem wszystkich przybytków w metrze jakie nadażyły się po drodze. Na szczęście w robocie odpuściło.

Koniec tygodnia i oddaję kolejną wersję publikacji Ulubionej Szefowej. Dużo poprawek w sumie tam nie ma. Trochę modyfikacji rysunków i tabel, są dane, które wykopałem, zobaczymy czy się przydadzą czy wylecą. Kolejny etap prac zakończony.

Tylko ten weekend zapowiada się smutno. Nasz Najlepszy Przyjaciel robi imprezę imieninową w Głuszy. Ale ja nie jadę. Boję się. Ostatnio jestem tak niestabilny, że w zasadzie w każdej chwili mógłbym się posypać. A sypanie się w Głuszy nie jest dobrym pomysłem. Do tego patrzyłbym tylko jak oni objadają się tymi wszystkimi dobrymi rzeczami, jakimi normalnie człowiek się w Głuszy objada i płakałbym rzewnymi łzami wcinając kleik ryżowy o smaku bananowym. Oszczędzę sobie tego. A zamiast... no cóż - słodkie lenistwo i dwa dni bardzo biernego odpoczynku. Oby tylko bez awaryjnie.

A w przyszłym tygodniu ruszam z kolejną chemią. To do niej te dzisiejsze analizy.

czwartek, 19 lipca 2007
Małe, a cieszy

Dwa jajka na miękko. Podstawa. Dobrze ugotowane w Piekielnej Maszynie do Gotowania Jajek Również na Miękko.

Co ma być płynne jest płynne,
    co ma być stałe jest stałe.
Co ma być żółte jest żółte,
    co ma być białe jest białe.

Trzy kromki świeżego białego chlebka z masłem. Chlebek jest właśnie chlebkiem, pojawiło się coś takiego w jednym z wygodnych mi sklepów i jest jakby chlebem miniaturką (tak jak są jamniki miniaturki, a ponoć nawet i yorki miniaturki), za 1 PLN. Zawsze świeży. Rewelacyjny z masłem i bez żadnych innych dodatków (no ja czasem jeszcze solą przypruszę, ale to już takie prywatne zboczenie). Do tego ilość jest jakby stworzona na ten czas, kiedy muszę odżywiać się głównie kaszkami ryżowymi i mannymi (oj nie z nieba, nie z nieba, choć ostatniemu wydaniu tego produktu dużo nie brakowało ;-D).

Dobra słodka herbata. Dla niektórych brzmi jak oksymoron, ale dla mnie nie. Zwłaszcza, że znowu udało się utrafić markę, która przy rozsądnej cenie ma odpowiedni smak i moc.

Taka sobie mała przyjemność na wieczór.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 80
| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
Popieram akcję ochrony doliny Rospudy
Ten blog jest optymalizowany do oglądania w przeglądarce Firefox przy rozdzielczości ekranu 1024x768 px.