Chth to chemioterapia. L to life. 73 to założona przeze mnie długość życia. Statystycznie nie żyję już od kilku lat więc może się uda.
wtorek, 07 sierpnia 2007
Politycznie nie poprawny wierszyk. I to jeszcze po angielsku.

Zainspirowane rubryką o anglojęzycznych zwrotach IV RP z Polityki. Przepraszam za wulgaryzm.

Some difficult questions

Where PiS
  has
   us?

Where PiS
 has
  ass?

Where LiS
 will kiss
  PiS?

Where PiS
 can kiss
  us?

My answer is PAS

niedziela, 05 sierpnia 2007
Nie dziela

Rano zbudziłem się z Najlepszą z Żon, która leciała się znowu szkolić. Posiedziałem chwilę patrząc jak na szybko spożywa swoje śniadanko, wrzuciłem jakiegoś procha, bo brzuch zaczął mi gadać niepokojąco, wypiłem kubek Jaśka (bo każda okazja jest dobra) i wróciłem spać. Włączyłem jeszcze radio w pokoju, bo bardzo lubię poranne audycje w Trójce w niedzielne przedpołudnie (poza Zagadkową Niedzielą). Kolejną heroiczną próbę zwleczenia się z łóżka podjąłem coś koło pierwszej. Zjadłem śniadanie. I.. wróciłem spać. Trudno jest się przekonać do tego, że człowiek ma prawo do przespania całej niedzieli. Na szczęście ostatnio udaje mi się to jakoś czynić. Żyć w stanie nieśpiącym zachciało mi się dopiero coś koło czwartej. Zacząłem od rzeczy najprzyjemniejszych na tym świecie, czyli od talerza pomidorówki. Co prawda zupka była z ryżem, a ja powoli zaczynam wyć z tęsknoty za makaronem (a w innych zestawieniach za ziemniakami), bo od dłuższego czasu nie jem nic poza ziarenkami kasz i ryżów, ale pomidorowa to pomidorowa. Krzywdy mi nie zrobi, a to jeden z moich ulubionych smaków i tu akurat muszę przyznać w bardzo dobrym wykonaniu. Po obiedzie stwierdziłem, że warto by coś zrobić. Więc zrobiłem pranie. Umyłem garnki. I tak przedzierając się przez kolejne strefy senności przeszedłem przez ten dzień bez żadnych większych porażek, co jak sądzę można uznać za dość duży sukces.

Jutro początek przygotowań do następnej chemii - analizy krwi, a potem do pracy. Zobaczymy co się tam wymyśli nowego i ciekawego. Mam nadzieję, że szpital swoim zwyczajem nie zeżre mi połowy dnia, a wyniki dotrą do właściwego lekarza. We wtorek wymiana nefrostomii i drugi kurs chemii. Mam nadzieję, że uda mi się pociągnąć te dwie imprezy jednego dnia. A potem... potem to już zobaczymy.

sobota, 04 sierpnia 2007
Znowu aż nie chce się pisać
Z dnia na dzień jest coraz lepiej. Ale końcówki są bardzo trudne. Tak było i dziś. Miałem być na imprezie u znajomych. I byłem. Wróciłem taksówką w połowie do domu. Trzeba się było nie wybierać. Coraz bardziej mnie te moje awarie przygnębiają.
piątek, 03 sierpnia 2007
Zmęczony ale..

To wcale nie był zły dzień. Rano znowu trochę sensacji zdrowotnych, ale nie bardzo dotkliwych. Długo się zbierałem do pracy, miałem coś tam podrukować, aż się doczekałem... zwiedzania miejskich "przybytków" po drodze. A jeszcze wpadłem na genialny pomysł załatwienia apteki. Znalazłem odpowiednią (bo musiałem zaopatrzyć się w "młotki", a to nie w każdej się da) po czym dostałem ogromną torbę leków. Pogoda przyciskała mnie do ziemi a ja z tym majdanem przepychałem się do pracy.

Ale... no właśnie - jak już się dostałem do pracy to wszystko poleciało już z górki. I niespodzianka - Ulubiona Szefowa zadecydowała, że mam być pierwszym autorem publikacji, którą piszemy. Jeszcze chcemy zrobić jeden obrazek i ślemy do redakcji. W sumie ja wymyśliłem główną atrakcję tej pracy, policzyłem wyniki, ale mój wkład w przygotowanie pracy zdawał mi się nie aż tak wielki, żeby trafić na pierwszą pozycję. To bardzo miłe.

Z drugiej strony wydaje mi się, że wszystko - a głównie zdrowie - sypie mi się ostatnio bardzo szybko i "normalnie" na pozycję pierwszego autora poczekałbym jeszcze trochę. A tak - trzeba zdążyć, więc będę. Wiem. Głupie pisanie, ale mam takie odczucia i już.

Do tego pierwsza lista przebojów trójki bez Marka Niedźwiedzkiego. Prawdę mowiąc jako stały słuchacz tego programu czuję się przez niego zdradzony. Poszedł tam gdzie sypneli więcej kasy. Smutne i przygnębiające. Pewnie na dodatek samolubne z mojej strony, ale to przykre, że 25 lat pracy i wierni słuchacze nic nie znaczą gdy skrzy się mamonka i opurtunities of personal development. W końcu nie można stać w miejscu.

No i miało być pozytywnie a wyszło depresyjnie. Trudno świetnie. To pewnie przez to zmęczenie. No ale przynajmniej szczawiowa okazała się zjadliwa.

czwartek, 02 sierpnia 2007
Pospałbym sobie

O wczorajszym dniu to aż nie chce mi się pisać. Początkowo było nieźle. Potem siadła prawa nefrostomia i zaczął się prawdziwy cyrk. Przy wyjściu z pracy stwierdziłem, że coś jest nie tak. Rurka nie odprowadza. Zaczyna się ból i kombinowanie. Do domu zdecydowałem się na taksówkę. Wydałem resztę forsy. W sumie słusznie. Choć nie wiem czy od razu nie powinienem "walić" na ostry dyżur. Pewnie tak, ale człowiek w takiej sytuacji nie myśli. W domu cyrku ciąg dalszy. Propedeutyka chodzenia po ścianach i kombinowania co by tu zrobić, żeby jednak ominąć ostry dyżur urologiczny. Skutek: narastający ból i coraz większy koszmar. Do tego nienajlepsze samopoczucie Najlepszej z Żon. W końcu po kolejnym ataktu zdecydowaliśmy się na ten dyżur. Z pomocą przyszedł niezastąpiony Największy z Przyjaciół, bo na taksówki gotówka się skończyła, a pogotowie w M.ST. ma swoją bezwładność i nie zawsze można na nich liczyć, zwłaszcza w nerwowej sytuacji, a taka powoli zaczęła narastać.

Na dyżurze o dziwo nawet nie chcieli mnie odesłać na drzewo. "Pacjent macany należy do macanta" - to główna zasada chirurga, a mnie "macał" czyli zakładał stomię lekarz z innego szpitala, więc w zasadzie przyczynki do wysłania na drzewo były, a był nawet i pomysł doszprycowania mnie przeciwbólowymi i odesłania na przeczekanie do jutra, żeby mnie "zrobił" odpowiedni "macant".  Na szczęście zlitowali się i założyli jakiś "support", który ulżył w cierpieniach.

Po powrocie do domu zjadłem trochę młotków przeciwbólowych, bo zabieg niestety miał pewne skutki uboczne i padłem jak długi spać. Nawet udało mi się przespać do wpół do siódmej, co w ostatnich czasach jest zupełnie dobrym wynikiem. No ale rano z powrotem musiałem pogrzebać po młotkach, bo w brzuchu znowu rewolucja. Trochę mi to na przytomność wpłynęło, ale za to w zasadzie jak do tej pory (odpukać w niespakowane bity) nic mnie już nie bolało.

W pracy szlifuję końcówki od publikacji. Ulubiona Szefowa wogóle odstąpiła od próby popędzania mnie, znaczy, że muszę robić niezłe wrażenie. W końcu sam będę musiał przystąpić do jakiegoś frontalnego ataku, bo zaraz skończą mi się pomysły na to "co by tu jeszcze można".

A na wieczór zapowiada się wizyta Osobistej Pani Doktór. Trochę się pospowiadam, a Ona - jak sądzę - pokombinuje coś w sprawie lepszego ustawienia "młotków" przeciwbólowych. Najlepsza z Żon siedzi na jakimś strasznym szkoleniu i będzie późno. To w sumie dobrze, będzie mogła trochę odpocząć po wczorajszym koszmarku. Ją to też sporo kosztuje. Inaczej niż mnie, ale widzę, że nie zawsze sobie radzi z tym, co niesie moja choroba. Ja zresztą też. 

wtorek, 31 lipca 2007
Ciągle jeszcze cienko
Wpis suchy jak język po dużej dawce M.ST. Ale ja też jeszcze nie doszedłem do siebie. W pracy byłem. Zrobiłem mało. Bardzo mało. Osłabienie bardzo mocne, a do tego jeszcze miałem wizytę u lekarza od tej chemii co ją biorę. Ulubiona Szefowa chyba odrobinę zawiedziona, ale podeszła ze zrozumieniem. A ja się cieszę, że jednak się ruszyłem. Do lekarza oczywiście kolejka na 20 numerków. Zdążyłem zjeść pomidorówką w pobliskim barze mlecznym, a i tak jeszcze sobie posiedziałem pod drzwiami z 1.5 h kontem plując podłogę. Zupkę jadłem ze 45 minut walcząc z brakiem apetytu, ale jestem z siebie zadowolony, że jednak ją zjadłem. Taki drobny sukces. Mam ochotę na tamtejszą ogórkową, ale trochę się boję. Widzę, że się podnoszę, ale bardzo powoli. Chciałbym szybciej. Lekarz wyznaczył termin kolejnej chemii na wtorek za tydzień. Na szczęście, bo w tym tygodniu raczej bym nie wyrobił. Za dużo dobrego. Nie bardzo chciał słuchać o tym, co mi się podziało po tej chemii, upewnił się co do występowania (a właściwie niewystępowania) objawów, które go interesowały, umówił terminy i posłał do domu. No cóż. Od pogadania najwyraźniej mam Osobistą Panią Doktor. Dobrze, że wogóle Kogoś po stronie medycznej.
poniedziałek, 30 lipca 2007
Chth +3.
Udało się opanować pewne nieprzyjemne skutki uboczne. Też za to trochę zapłaciłem. Poza tym wciąż jest ciężko. Osłabienie, senność, bardzo niepokojący brak apetytu. Nic mi się nie chce. Ale jutro spróbuję pojechać do pracy. Może mnie to trochę podniesie.
niedziela, 29 lipca 2007
Chth +1. +2
Dni przespane. W nocy kryzys. Duże zmęczenie. Czekam jutra.
piątek, 27 lipca 2007
Chth 0.
Wszystko zgodnie z planem i bez większych problemów. W ośrodku byłem nawet trochę przed czasem. Tłoku nie było. Mną i jeszcze jednym starszym facetem zajęła się jedna pielęgniarka i po niecałej godzinie (zgodnie ze wszystkimi planami) było po wszystkim. Żadnych komplikacji, żadnego bólu, żadnych skurczy. No może senność. Senność zresztą prześladowała mnie przez cały dzień i to raczej jest chyba skutek niskiego ciśnienia niż uboczne działanie chth. I oby tak dalej.
No to jadziem z tym koksem

Wczoraj było jeszcze paskudnie. Kichy znowu protestowały. Oczywiście nie opanowałem się i ze dwa trzy kawałki sushi wciągnąłem. No i zapłaciłem bólem (finanse zabezpieczał na szczęście Nasz Wielki Przyjaciel) odpowiedni rachunek. Cały wieczór myślałem jak tu się spacyfikować, żeby ten cały interes wyciszyć. Sushi było pyszne i piękne, ale po tym co potem przeżyłem zacząłem się na prawdę zastanawiać czy warto. No i trochę chyba zepsułem imprezę. No ale w końcu udało mi się dobrać odpowiednią ilość młotków i innych moich środków i pospać trochę.

No a dzień dzisiejszy zaczął się zupełnie nieoczekiwanie. Otóż wreszcie dobrze się czuję! Nic mnie nie boli! Oby tak zostało. (Odpukać w niespakowane bity). Zastanawia mnie czy to nie jest kwestia tego, że leki u mnie nie chcą działać natychmiast, ale działają z pewnym opóźnieniem. No i jak te wszystkie młotki zaczęły działać na raz to i fajnie się zrobiło? A może to siła nadzieji przed dzisiejszą chemią? Nie wiem. Ważne, że jest dobrze. Piję kawę i jadę do ośrodka na pierwszy kurs.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 80
| < Luty 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28          
Popieram akcję ochrony doliny Rospudy
Ten blog jest optymalizowany do oglądania w przeglądarce Firefox przy rozdzielczości ekranu 1024x768 px.