Chth to chemioterapia. L to life. 73 to założona przeze mnie długość życia. Statystycznie nie żyję już od kilku lat więc może się uda.
poniedziałek, 04 czerwca 2007
Wreszcie w domu.

Ranek był dość przykry, bo zaczął się stanowczo za wcześnie. Na szczęście była kawa w termosie od Wuja. Co ja bym bez tego Wuja zrobił. No biedny byłbym bardzo i nieszczęśliwy. Ale na szczęście Wuj jest i ratuje w trudnej sytuacji. I uratował. W niedzielę przyniósł termos kawy i kawałek ciasta z własnych imienin. I tylko dzięki temu przeżyłem dzisiejszy ranek. No może nie tylko dzięki kawie, ale z również "z niewielką pomocą przyjaciół", którzy zawsze na posterunku służą dobrym słowem. Choćby i kwestionowali zbawienny wpływ kofeiny.

O wpół do dwunastej zebrałem manatki. Plecak był ciężki, a ja dysponowałem jedynie krokiem pijanej kaczki. A że pijane kaczki nie chodzą zbyt sprawnie z plecakami więc pojechałem taksówką. Na dworcu mój żołądek przypomniał mi o tym, że karma szpitalna z ostatnich dni była stanowczo niewystarczająca i w ramach rekompensaty za rozwodnione zupy mleczne i substytuty wędlin zarządał kategorycznie pomidorówki. Nie odmówiłem. "Pokusa" nie do odparcia. Tylko płakałem łzami jak groch patrząc na zamówioną przez kogoś ogórkową. Na takie ryzyko nie byłem gotów, choć mój wewnętrzny łakomczuch był zdania przeciwnego. Na szczęście pomidorowa to moja ulubiona zupa. Wystarczyła.

Po przedobiedzie poszedłem zajmować miejsca w pociągu, który w rytm Górniczo-Hutniczej Orkiestry Dętej zrobił mi Pap-pa-ra-ra i odjechał z dziesięciominutowym opóźnieniem. W międzyczasie jeszcze pożegnałem mojego zbawcę z miasta chth - Wuja, który na swoim dwukołowym rumaku przyjechał odebrać termos.

A w m.st. na peronie czekała już Najlepsza z Żon. Bardzo jej byłem wdzięczny za to wyjście, zwłaszcza, że wiem iż kondycję dziś też miała podłą. Mnie niestety cały czas nie przeszedł chód pijanej kaczki. Odebrała ode mnie plecak i jakoś dotelepaliśmy się do naszej rezydencji.

A po kolejnej godzinie rozmawialiśmy z Lekarzem, Który nie Ucieka.  Taki dziwny gatunek, bo większość lekarzy, których zdarzyło mi się poznać zwykle jednak ma coś do załatwienia w przeciwnym krańcu szpitala/m.st./IV RP w momencie kiedy ma ze mną gadać. A ten gatunek, co nie ucieka jest wyjątkowo bardzo pożyteczny. Poza rozmowami na temat "Co dalej ósma klaso" owa Pani Doktor zapisała mi cóś na tego mojego kaczego kaca. Mam nadzieję, że wreszcie skuteczne. A Najlepsza z Żon - niech znane będzie światu jej poświęcenie i niech się zapisze gdzieś w Niebieskich Annałach jakąś złotą lub inną ładną zgłoską niemal od razu poleciała wykupywać mi te cud specyfiki by ulżyć mym ornitologicznym cierpieniom.

Wogóle to ostatnio nie mogę wyjść z podziwu dla Najlepszej z Żon, która wznosi się na wyżyny, na które mnie osobiście nie stać, przełamuje opory swoje, moje i systemu opieki zdrowotnej i porusza niebo i ziemię i wogóle jest bardzo dzielna. (Nie - to nie jest wazelinka - zgodnie z umową Najlepsza z Żon nie czyta tych moich wypocin).

niedziela, 03 czerwca 2007
Spotkanie w mroku

Długo wpatruję się w mrok za oknem. Ciemnośc jest jak zwykle nieprzenikniona. Jest nicością. Nieodgadnioną zagadką. Kiedy patrzy się w taką ciemną ciemność człowiek odpoczywa. Oczy odpoczywają. Mózg przestaje myśleć na chwil kilka i też odpoczywa. Więc wpatruję się w tą mroczną nicość, by zyskać odrobinę relaksu i odpocznienia od spraw dnia codziennego, który może wcale nie jest taki codzienny. Żeby oderwać się na chwil kilka od bólu istnienia, który wcale mnie nie boli, i od bólu codziennego, który potrafi dopiec w tyłek bardzo dosłownie. Czasem zbyt bardzo dosłownie. Żeby uciec od dosłowności przenośni, które niczego nie przenoszą. Albo przenoszą w rejony, których człek wcale zwiedzać nie chce.

Więc patrzy się w ową ciemną nicość. I patrzy się jak owa ciemna nicość patrzy na człowieka. I widzi się nawet jej oczy. Tylko ich zarys. Po chwili obraz staje się jaśniejszy. Oczy ciemności zaczynają świecić w ciemności. Świecą zielonym blaskiem. I wtedy coś gdzieś miałknie. A człowiek staje się miękki. Bo zaczyna zdawać sobie nagle sprawę, że to Czarny Kot odwrócił się właśnie od niego i zwinnym kocim krokiem oddalił w Sobie Tylko Znanym Kierunku.

I nic już nie patrzy zielonymi oczami z ciemności mroku. Nicość pozostaje nicością.

sobota, 02 czerwca 2007
Chth+1. Bez dobrej kawy świat bywa nieciekawy.

Ten tytuł to wielkie odkrycie dnia dzisiejszego. Może nieco trywialne i doskonale znane wielu ludziom - a w zasadzie to mnie zwykle również - ale dziś przemówiło do mnie ze zwiększoną siłą kofeinowej mocy.

Ranek był ogólnie rzecz biorąc paskudny. Moje przypadłości męczyły mnie z normalnie nieprzyjemną intensywnością, śniadanie też raczej się niechciało się do mnie uśmiechać - co prawda zaproponowano bardzo dobre świeże pieczywo i zjadliwą wędlinę, ale zupa mleczna tylko narobiła mi smaku - była rozwodniona do granic możliwości. O smaku czegoś co miało być herbatą wogóle nie będę wspominać, bo coś mi się robi na samo wspomnienie. No ale cóż. Tak krawiec kraje jak mu materii staje. Dodatkowo jeszcze miałem pewną nieprzyjemną przygodę, o której pisać nie będę, ale która istotnie wpłynęła na mój podły poranny nastrój. Dość, że na poranną butelkę kroplówki z nawodnieniem patrzyłem z dziką nienawiścią i nawet nie chciało mi się myśleć o włączaniu komputera i wchodzeniu do sieci.

Kroplówka na szczęście wreszcie się skończyła i wtedy błysnęła mi ta zbawienna myśl. Wszakże na dole jest mały karmniczek z dość tanią kawą ekspresową o bardzo rozsądnym smaku. No nie powiem, żeby chciało mi się tam iść nadmiernie, ale jako żywo rano dziś nic mi się nie chciało, co zwalałem na standardowy stan pochemiczny, kiedy to ruch małym palcem u nogi jest wysiłkiem, nad którym człowiek potrafi się zastanawiać przez pół godziny i to nie zawsze kończąc takie myślenie jakąkolwiek decyzją. Ale tym razem decyzję dzielnie podjąłem. Zwlekłem się. I powlekłem się na dół. Radość moja nieznała granic gdy zobaczyłem, że karmnik wbrew logice jest jednak czynny! Zamówiłem kawę. Już dźwięk mielenia ziaren zrobił na mnie pozytywne wrażenie. Wnoszenie na oddziałowe piętro kosztowało mnie nieco, ale po wypiciu zbawiennego napoju świat zaczął się do mnie uśmiechać. A ja do niego. Nawet kroplówki przestały mi przeszkadzać. Niech żyje kofeina!

Włączyłem kompa, załączyłem net i zacząłem się bawić. No dobra. Sprawdziłem też czy coś się nie policzyło, ale na szczęście się nic nie policzyło, więc wróciłem do rzeczy przyjemniejszych. A dokładniej do podróżowania pociągami w necie. Rzuciło mnie na strony czeskie i słowackie. I jak mnie wciągnęło gdzieś koło 11:00 tak do tej pory nie mogę się stamtąd wygrzebać. Mam velmi rad ceske a slovenske vlakove internetove stranky. A poziom języka mam wystarczający, żeby poczytać - czasem nawet z pewnym zrozumieniem - relacje z krótszych i dłuższych wypadów, których na tych stronach jest dosyć dużo. Wolałbym co prawda czytać tylko strony czeskie, bo lepiej bym kształcił język, na którym mi zależy, ale słowackie teksty też są dla mnie zrozumiałe, bo słowacki jest bardziej podobny do polskiego, a strony bywają nawet ciekawsze od czeskich.

piątek, 01 czerwca 2007
Chth 1. Ostatnia chemia.

No i zacząłem ostatnią chemię. Siedzę teraz i sączę mój ostatni gemzar. Po poprzednich przygodach teraz zabezpieczyli mnie miejscowi lekarze potężnym nawodnieniem i dodatkową premedykacją. To powinno pomóc. Bo wolałbym nie powtarzać sytuacji sprzed trzech tygodnii. Czeka mnie weekend w tym szpitalu. Wolałbym w domu, ale... jak to miało by być tak jak wtedy... to może lepiej niech już będzie w szpitalu.

Trochę słabo karmią. Obiad, co prawda smaczny, ale dość mały i raczej biedny. Kolacja to już wogóle porcyjka jak dla wróbelka (nie - nie chodzi o to, że wróbelek zjada jedzenie o masie kilka razy większej od jego ciała). A ja ciągnę na syropku na apetyt, więc zjadło by się trochę więcej.

Czas zjadł wpisy o...

1. Johnie Deepie w najnowszej części "Piratów z Karaibów". Początek nędzny, potem lepiej, trochę psychodelii, trochę braku konsekwencji scenariusza, poczucie humoru na poziomie poprzednich części, czyli można się chwilami nieźle pośmiać. Ogólnie, choć film zrobił na mnie pozytywne wrażenie, to jest to najsłabsza moim zdaniem część "Piratów". A Najlepsza z Żon utraciła po nim całą swoją atencję do Jacka Wróbla. Kolejny ideał sięgnął bruku... plaży.... Rowu Mariańskiego? W każdym razie znowu jestem bezkonkurencyjny ;-D

2. Przypadłościom podłym, o których pisać niewypada, a które doskwierają mi od jakiegoś czasu i rzutują na mój ogólny nastrój, w tym na coraz mniejszą cierpliwość do służby zdrowia, a konkretnie jej jednej przedstawicielce w postacji Mądrej Pani Doktór.

3. Pociągu nr 35101 i jego dziesięciominutowym opóźnieniu w m.st., które z niewiadomych przyczyn zmniejszył do 3 minut w mieście chth.

wtorek, 29 maja 2007
Rodeo
Podczas wieczornego karmienia pani Gryzoń stwierdziła, że ma ochotę na spacer i czmychnęła przez szparę w klatce. Tym razem myszkowanie w kuchni jej nie pasjonowało i ruszyła od razu do pokoju, gdzie zajęła z góry upatrzoną pozycję za kaloryferem. Odetchneliśmy z ulgą, bo rodeo w kuchni jest sztuką wymagającą i długotrwałą. Najlepsza z Żon szybko zamknęła okno w pokoju, żeby pani Gryzoń nie wpadło do głowy, że nagle chce sobie polatać i zaczęliśmy procedurę wywabiania pani Gryzoń z jej kryjówki. Początkowo Najlepsza z Żon zastosowała metodę na "Puuu!", która ponoć działa na tygrysy i lamparty. Ale na panią Gryzoń ta metoda nie działa. Była za mało przekonująca. Dopiero użycie cięższych argumentów w postaci gazety przyniosło oczekiwany efekt. Pani Gryzoń jednak nie oddała szybko pola. Wypłoszona raz zza kaloryfera zrobiła rundkę po pokoju i wróciła z powrotem do kryjówki. Nie udało mi się złapać tej małej cholery za pierwszym razem. Dopiero za drugim razem wypłoszona zza kaloryfera zakręciła za szafkę. I to był jej błąd. Tym razem nie pozwoliłem sobie na błąd. Sprawnym ruchem złapałem uciekinierkę. Próbowałem pogłaskać, żeby się trochę uspokoiła, ale wyraźnie jej się to nie podobało. Więc zaniosłem ją z powrotem do klatki na pożywną kolację. Wyglądała na odrobinę obrażoną. Dwa rodzynki zmieniły jej stosunek do świata. Ale nasze gryzonie tak mają. W tym czasie pan Gryzoń przez nikogo nie niepokojony wyjadał najlepsze kąski z miseczki z żarciem.
Przyjaciele sierżanta Pieprza
No muszę jeszcze o tym napisać. Dziś w Trójce dzień przyjaciół sierżanta Pieprza - cały dzień puszczają piosenki z płyty Beatlesów „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band” z okazji czterdziestolecia jej wydania. Magiczna super płyta. Bardzo mi się zawsze podobała i to się nie zmieniło. Trochę żal, że w robocie nie miałem głowy do słuchania radia - tyle fajnych kawałków mi uciekło. No ale może nadrobię teraz, wieczorem.
Wreszcie szansa na ochłodzenie!

Radio mówi, że jutro ma być zimniej. Ponoć w centrum burze, a temperatura niewiele powyżej 20 stopni. No nareszcie. Na razie jest co prawda dość duszno, ale też już znacznie chłodniej niż w ostatnich dniach. 

A dzień dziś pracowity - dużo liczyłem i dużo czytałem. Trochę się dokształcałem, trochę szukałem materiałów do publikacji. I chyba jestem zadowolony. Lektura uświadomiła mi jak mało wiem w dziedzinie, o którą się ocieram w mojej pracy. Może dzięki niej będę wiedział więcej.

Plany na jutro bogate: w pracy oczywiście dużo pracy przed powrotem Ulubionej Szefowej z Drugiego Końca Świata. Z publikacją raczej się nie wyrobię, ale mam nadzieję, że będzie ona w stanie zaawansowanym i można będzie coś pokazać. Potem dentysta - ciąg dalszy akcja "wykańczania" zębozgryzu. A na wieczór mamy iść piracić do kina. No zobaczymy czy dam radę to wszystko pociągnąć. W sumie mam przed sobą kilka dni w szpitalu więc o ile przytomność umysłu pozwoli można będzie pracować.

Szklanka Jasia dopita. Można by coś zrobić. Może jakiś drobny prysznic? A potem kolacja? Brzmi zachęcająco.

Sąsiadka z jabłonki.
Za oknem mojego służbowego pokoju rośnie jabłonka. Nikt chyba nigdy jabłek z niej nie jadł, bo obok przebiega ruchliwa ulica, więc drzewko stoi głównie w celach estetycznych. Cieszy oko naukowców od czasu do czasu odrywających się od swoich skomplikowanych urządzeń badawczych. Ja na jabłonce zimą wieszam karmnik dla sikorek i czasem lustruję ją lornetką by zobaczyć "czy coś nie siedzi". I teraz zostałem chyba wynagrodzony za swoją zbożną zimową działalność. Otóż z jabłonki coś zaczęło śpiewać. Na moje ucho niewykształconego ornitologa zagnieździła nam się jakaś pokrzewka i umila mi pracę swoim trylem. Człowiek siedzi przy komputerach, stuka w klawisze, powietrze stoi, duszno jak w piekle, a tu zza okna taka miła, mała i pozytywna pokrzewka sobie gada.
poniedziałek, 28 maja 2007
Pracowicie

Wreszcie w nocy była jakaś znośna temperatura. Nie żebym się wyspał, bo moje wnętrzności nadal wyraźnie są ze mną w sporze zbiorowym (choć zdaje się że jesteśmy bliscy konsensusu), ale przynajmniej rano udało się uzyskać w miarę rozsądny komfort termiczny.

Wogóle to (odpukać) chyba jestem na fali dobrego samopoczucia i niezłej kondycji fizyczno-intelektualnej. Do pracy udało mi się dojechać bez strat własnych mimo koszmarnego upału i braku klimy w autobusach a i robota szła wyjątkowo intensywnie i praktycznie bez większych kryzysów. Mimo, że próba wytworzenia przeciągu w pokoju spełzła na niczym - mimo otworzenia okna na ościerz i podparcia drzwi krzesłem w moim służbowym pomieszczeniu nie pojawił się nawet ślad wiatru. Ale robota mimo to szła aż furczało.

Potem zakupy. Mam ostatnio jazdy na jedzenie serów. Żadne mięcho mi nie podchodzi. Pewnie przez pogodę. A przy okazji kupiłem kolejną, tym razem większą butelkę Jana. Zobaczymy, czy ten cud wynalazek mi będzie służył. Trzeba spróbować.

Na koniec dnia jeszcze krótka wizyta u Szwagra i do domu. Przyznam, że już trochę z językiem na brodzie. Ale jestem i tak niezły - Najlepsza z Żon padła już pół godziny temu. Odreagowuje chałturę. Mnie jeszcze czeka karmienie trzody i konsumpcja górki lekarstw. A potem spać.

| < Luty 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28          
Popieram akcję ochrony doliny Rospudy
Ten blog jest optymalizowany do oglądania w przeglądarce Firefox przy rozdzielczości ekranu 1024x768 px.