Chth to chemioterapia. L to life. 73 to założona przeze mnie długość życia. Statystycznie nie żyję już od kilku lat więc może się uda.
poniedziałek, 11 czerwca 2007
Chorowałem, pracowałem, odsypiałem

Ranek znowu zaczął się za wcześnie. Tak coś koło czwartej. Znowu ataki kaszlu. Ja tego wogóle nie rozumiem. Kiedy śpię łapią mnie i męczą. Wystarczy że wstanę i wyjdę do kuchni i odpuszczają. A śpię już na siedząco, na specjalnej konstrukcji z poduszek, bo na leżąco po kilku minutach kaszel próbuje mnie zamęczyć. Więc wstałem i mi przeszło. Próbowałem kilka razy wracać do spania, ale zabawa zaczynała się od nowa, więc szybko zrezygnowałem. W pewnym momencie przyniosłem sobie poduszkę do kuchni i... usnąłem na stole na godzinę. Obudziłem się tym razem z niewygody.

Ogólnie jednak ma się ku lepszemu (odpukać w niespakowane bity) - temperatura spadła do zupełnie rozsądnych wartości, a i gardło jednak suma summarum jest chyba w lepszym stanie. To antybiotyki. Choć niestety ich skutki uboczne również czuję i nie dają się one łatwo utłuc "dobrymi bakteriami". Ale tę cenę jestem chyba gotów zapłacić za w miarę normalną temperaturę i pozbycie się tego koszmarnego kaszlu i bólu gardła.

Poza tym korzystając z tego, że jest nieco lepiej odsypiałem straty z kilku ostatnich dni. A kiedy akurat nie odsypiałem próbowałem ruszyć trochę z robotą. To drugie szło mi nieco gorzej, bo łeb jednak jeszcze nie pracuje na pełnych obrotach. Nie jest dobrze, bo Ulubiona Szefowa jest tylko do końca tygodnia, potem znowu gdzieś wybywa, a ja jeszcze nie rzuciłem w nią wynikami. W zasadzie bardzo dużo mam zrobionego, ale większość w formie źródeł - trzeba to zrzucić do jakiejś czytelnej dla człowieka formy. No i ta nieszczęsna publikacja... ciągle w proszku. Niestety opisywanie wyników nie jest moją mocną stroną.

Jutro powinienem wymieniać nefrostomię i jechać do szpitala na kontrolę. Nie wiem czy się zdecyduję po tym wszystkim. Prawdę mówiąc mam ochotę ten dzień jeszcze spędzić w domu. W szpitalu mogę się odwołać, ale trochę boję się powiedzieć o kolejnym dniu absencji Ulubionej Szefowej - w końcu nie wziąłem żadnego zwolnienia. Choć z drugiej strony ja w domu rzeczywiście pracuję o ile tylko mogę.

niedziela, 10 czerwca 2007
Mam za swoje.

Wczorajsze tarzanie się na łonie rodziny udało się bardzo przyjemnie. Niespodziewanie gościł tam również mój ojciec, więc przy okazji zobaczyłem się z nim. Do tego mieliśmy dużo szczęścia komunikacyjnego - najpierw przytrzymało nas w sklepie, tak, że omal się nie spóźniliśmy na pociąg - ale okazało się, że to on-pociąg się spóźnił, a potem - w drodze powrotnej - złapałem autobus do M.ST., który już w zasadzie odjechał z dworca PKS-u. Dzięki czemu oszczędziliśmy kilka złotych (kurs był wyjątkowo tani) i z godzinę czasu. Do tego w samym M.ST. na dobieg złapaliśmy autobusik do domu. Po prostu więcej szczęścia niż rozumu.

U rodziny większą część dnia spędziliśmy w urokliwym ogrodzie na rozmowach o tym co u nas, co u nich i na wspomnieniach seniorów o zamierzchłej historii tej gałęzi rodziny. Dowiedziałem się, że moje korzenie tak mniej więcej z przełomu XIX/XX wieku "rosły" w Rzeszowie! Zostaliśmy poczęstowani pysznym obiadem i obdarowani drobnymi upominkami. Rodzina przyjęła ze zrozumieniem mój przyjazd w niedogodnym terminie i doceniła, że została zwizytowana jako pierwsza w pierwszy mój wolny weekend po zakończeniu chemioterapii.

O moich problemach z przeziębieniem pisałem już kilka razy. Wczoraj i dziś jednak osiągnęły apogeum. Wczoraj "chechłałem" prawie przez cały dzień i całą noc. Dziś rano do kompletu zbudziłem się  z bardzo wysoką temperaturą. Trzeba było wezwać lekarza. Na szczęście mamy lekarza, który w takiej sytuacji do mnie przyjedzie.  Biedna Pani Doktor została wyrwana z łóżka przez mój telefon o 9 nad ranem. W zasadzie w weekendy ona nie pracuje, ale najwyraźniej jest pasjonatką swojego zawodu (w odróżnieniu od kilku innych lekarzy, z którymi przyszło mi się stykać w tzw. międzyczasie). I przyjechała. Zbadała, ostukała, opukała, sprawdziła gardło, zmierzyła ciśnienie, wypisała całe stado lekarstw, w tym antybiotyki, powiedziała, że na szczęście nie jest to raczej zapalenie płuc, ale lepiej na zimne dmuchać i będzie farmakologicznie mnie traktować jakby było.  Prawdopodobna przyczyna to spadek odporności w wyniku obniżonego poziomu białych krwinek po chemioterapii. Jak te działania nie przyniosą efektu będziemy walczyć dalej innymi metodami. Pyralgina zbiła gorączkę do rozsądnego poziomu, ale ja i tak cały dzień przeleżałem w łóżku w czapce i szaliku. Najlepsza z Żon twierdzi, że wyglądałem dość malowniczo.

Teraz "chechłam" trochę mniej, ale gardło cały czas mnie jeszcze boli. No ale cóż. Chciałem się potarzać na łonie? To mam za swoje. 

sobota, 09 czerwca 2007
Przeziębienia ciąg dalszy albo "It's six in the morning, beginning of june"

Jest szósta nad ranem, początek czerwca. Od dwóch godzin siedzę i "chechłam". Spać się nie da. Syropy nie chcą działać. Jedyna nadzieja, to że w dzień się trochę unormuje bo wkrótce od tego kaszlu poważnie zwariuję. Popijam drugą herbatę. Tylko ona może mnie uratować.

A przede mną wizyta u rodziny. Trochę namotałem i chyba im się zwalam na głowę. Wszystko przez gościnność. Jak się zorientowałem, że termin gospodarzom nie leży to chciałem się wycofać i "przemówić" na za tydzień. Ale było już za późno. "Nie, nie - nie ma sprawy, [tiaaaa...(kom. autora)] Przyjedź, przyjedź". A wiem, że zwalam się na łeb w najmniej odpowiednim momencie. Ale jak już się powiedziało "A" to trzeba powiedzieć "Coca Cola". Kobyłka u płota, liziemy im z butami jak nas tak bardzo chcą. A ja po prostu mam pierwszy wolny weekend bez chemii i chciałem się potarzać na łonie rodziny, bo nie tarzałem się od roku z górką (no może poza wizytami u wuja w mieście chth). Jakbym wiedział, że tak będzie to uszczęśliwiłbym ojca swoją wizytą. Też mu obiecałem, a on na pewno nie miałby takich problemów, a ja nie miałbym problemów z nim. A miało być tak miło... Chociaż.. kto wie? Może jeszcze będzie. W sumie to lubię to towarzystwo.

piątek, 08 czerwca 2007
Przeziębienie, upał i dużo roboty.

Taki właśnie był ten dzień. Najpierw znowu nad ranem zbudziły mnie ataki kaszlu. Nic nie pomagało, żadne syropki, żadne sysawki, żadne cud-miód-mambo-dżambo. Najpierw o czwartej. Potem koło szóstej, potem o ósmej. Za ostatnim razem zdecydowałem się nie kłaść z powrotem. Zrobiłem śniadanie. Jedyny zysk z tego interesu to fakt, że do ósmej rano zatankowałem około litra herbaty, bo za każdym razem jak mnie zrywało to robiłem sobie kubek tego zbawiennego napoju. Siedziałem z pół godziny i wracałem spać. Zasypiałem szybko. Ale po niecałej godzinie cała historia się powtarzała.

Po śniadaniu do pracy. Droga początkowo wyglądała nieźle. Do momentu, gdy musiałem przejść ostatnie 500 m w ostrym słońcu. To nie było przyjemne. Ostatnie metry niemal przepełzłem. Szefowa była już na posterunku. Zajęta jak zwykle. Ja pracę zacząłem od kwadransa na odsapnięcie. Jak tak dalej będzie z tą pogodą to nie chcę myśleć jak będzie wyglądać moje lato. Bo może się nagle okazać niebezpieczne dla mnie.

Ale w brew wszystkiemu robota ruszyła z kopyta (oko Ulubionej Szefowej mobilizuje?) i jak już doszedłem do siebie pracowało mi się bardzo dobrze. Podciągnąłem publikację ładny kawałek do przodu.

Na obiad trzeba było iść na miasto, bo pracowy karmnik zamknięty urlopowo. Niestety zapasowy karmnik też zamknięty i sierotki musieliśmy zahaczyć o kebaba. Szefowa jak zwykle doszukiwała się oszustw, ale moim zdaniem lokal był bardzo solidny, a jedzenie wyjątkowo dobre. Jak kiedyś tu jadłem było znacznie gorzej. Nie podobało mi się tylko to, że potem trzeba było taki kawał drogi wracać do pracy. I znowu upał. Tempo osiemdziesięciolatka po trzech zawałach.

Ulubiona Szefowa do kawy poobiedniej skarmiła mnie resztką bombonierki. Oj dobre to było. Dojadałem ten deserek prawie do ukończenia moich robót. Wyszedłem wcześniej. Znaczy już po jej wyjściu, ale wcześniej niż zwykle. W końcu jest długi weekend. Niechże i ja coś z tego mam.

A teraz siedzę sobie i dojadam jajecznicę z makaronem, którą sobie upichciłem. I w zasadzie jest mi bardzo dobrze.

czwartek, 07 czerwca 2007
Złe dobrego początki

No fajnie to się nie zaczęło. Noc ciężka jak diabli. Niezaleczone przeziębienie i ból brzucha (parówki?). Pobudka o 4 nad ranem. Mięta. Lekarstwa. Znowu spać. Jakoś się udało zasnąć, ale ranek dalej nie specjalnie chciał być fajny. Zwlekłem się z łóżka. Zjadłem śniadanie. W planach wypad za miasto. Ale czy ja na pewno mam na niego siłę? Czy ja go na pewno chcę? Wtedy nie wyglądało to zbyt oczywiście. No ale po perswazjach Najlepszej z Żon zebrałem się do kupy i jakoś udało mi się tą kupę zwlec do samochodu naszego Wielkiego Przyjaciela. Po drodze zabraliśmy jeszcze Szwagrową osieroconą przez Szwagra, który w zagranicznych wojażach znikł z horyzontu.

Ogólnie było miło, choć gorąco. Najpierw spacer. Potem chyba dwugodzinne leżenie bykiem na słoneczku. Potem spacer z powrotem. Trochę upał poszkodził Wielkiemu Przyjacielowi i trzeba go było naprawiać. Na szczęście udało się to zrobić bez większych problemów. Przerwa na tarasie przydrożnej knajpie i trochę zimnych napitków zdziałały cuda. A było już niespecjalnie, bo tylko on jak na razie ma prawo jazdy, zaś wracaliśmy z lokalnego końca świata. Jakby go wyeliminowało... no nie chcę myśleć jakby to się skończyło. Ale zjawił się happy end i udało się nam w całości wrócić do M.ST.

A wieczorem kolejne wyzwanie kulinarne. Nie. Tym razem nie parówki. Ryż, dobry sos sojowy, wędzony łosoś i chrzan nasz polski swojski zamiast japońskiego. Domowa wersja sushi. Hmm... chyba ostatnio popadam w kulinarne skrajności ;-D 

środa, 06 czerwca 2007
Wredne marzenie
Siedziałem na przystanku autobusowym i czekałem. Autobus nie nadjeżdżał. Przytoczyła się natomiast Pani. Pani usiadła, wyjęła papierosa i zapaliła. Dym owiał mnie i mało nie zacząłem kichać. To wcale nie przeszkadzało mojej sąsiadce. I właśnie wtedy zamarzyłem. Zamarzyłem mieć gaśnicę. Pianową albo proszkową. Odczepić dyszę i skierować w kierunku źródła ognia. Odkręcić zawór. I mieć dziką przyjemność.
Już za mną chodzi pociąg

Jeszcze chwileczka, jeszcze momencik, jeszcze kilka zaległych wizyt rodzinnych i znowu kupię sobie bilet na weekend. Tym razem na północ. M.ST. - Olsztyn Główny - Tczew - Chojnice - Bydgoszcz Główna - M.ST.

A potem jeszcze coś drobnego na niedzielę. Jeszcze nie mam pomysłu.

Ładna perspektywa. Trzeba będzie ją zrealizować jeszcze w tym miesiącu.

Powrót Szefowej
Kiedy Ulubiona Szefowa wraca z wojaży i spotyka mnie to wiem, że na prawdę cieszy się, że mnie widzi. W końcu jest Ulubioną Szefową. Długo wypytuje mnie jak tam moje sprawy. Ja mówię półgębkiem, bo o sprawach moich nie wiem za wiele, a w każdym razie znacznie mniej niż wiedzieć bym chciał. Cieszy się dobrymi wynikami leczenia, martwi skutkami ubocznymi, które wymuszają jego przerwanie. Potem przyjmuje ode mnie raport z tego, co zostało zrobione. Kreśli plany na przyszłość, które w zasadzie dobrze znam. Ale ustawia priorytety. Pracy jest dużo. Multum. W zasadzie można by rąk z niej nie wyciągać. A i perspektywy się pojawiają na finansowanie krajowe jak i zagraniczne. Same dobre wieści. W październiku kolejny jej wyjazd na drugi koniec świata, w przyszłym roku prawdopodobnie rewizyta gości z Tamtąd.
Potem Ulubiona Szefowa wyciąga książkę o ptakach z drugiego końca świata - to prezent od profesora z Tamtąd - mówi - proszę napisać list z podziękowaniem - przypomina. A po chwili na moim biurku ląduje upominek od niej. Plaster agatu. Piękny. Zarzeka się, że niefarbowany. Ale co tam - niechby był i farbowany. Wiozła go dla mnie przez większe pół świata. Nawet gdyby był zwykłym kamieniem z drogi to był by wartościowy. To jest na prawdę wzruszające.
Moja Ulubiona Szefowa jest Najświętszą Kobietą Wśród Zagorzałych i Zdeklarowanych Ateistek.
Smaki

Idę przez dobrze zaopatrzony sklep spożywczy. Na COŚ mam ochotę. COŚ chciałbym zjeść. Nie mam pojęcia co. Od niechcenia kupuję 10 deko szynki. Zawsze się przyda. Patrzę na nią, ale to nie TO. To nie ten smak. Długo przyglądam się półce z rybami. Pod podniebieniem czuję kwaśny smak zalewy. Nie. TO nie ryby. TO jest coś innego. Chleb... też trzeba kupić. Więc do koszyka. Dżem? No może? Dziś brzoskwiniowy. Ale nie - TO jest chyba mięsne. Tak. Mięsne. Może niezbyt konkretne, ale mięsne. I wtedy widzę przed oczami o co chodzi mojemu chceniu. Talerzyk. Mały. Dwie kromki chleba z masłem. Herbata w kubku z uszkiem. Dosyć mocna i bardzo słodka. Obok talerza ketchup. Ostatnio bardzo podchodzi mi łagodny ketchup "z modliszek" bez konserwantów. Bez niego to danie przestaje mieć sens. Zaczynam czuć smak potrawy. Łagodnie łaskocze mi podniebienie aromatem dzieciństwa. TO bywał wtedy rarytas. Zwłaszcza dobrej produkcji. Czasem człowiek miał pecha i otrzymywał produkt o smaku papieru toaletowego (również towar deficytowy wówczas - kto by dziś pomyślał), acz znacznie mniejszej użyteczności.  

Jestem z siebie dumny. Wiem już co TO jest. Pewnym krokiem podchodzę do lady.
"Cztery parówki wieprzowe poproszę"

wtorek, 05 czerwca 2007
Czerwoni zdrajcy (niepolityczne)

Zerkają na mnie. Setkami małych zielonkawych oczek osadzonych na czerwonych głowach. Nie powiem, są ładne. Siedzą w fioletowej misce i zerkają na mnie zdradziecko.

"Wyciągnij rękę".
"Poczuj jędrność".
"Posmakuj słodycz"

Ale ja wiem, że kłamią. Że wcale nie są takie słodkie. Że zostawiają po sobie tylko kwasy i nic z obiecanego aromatu.

Ale cóż z tego, że wiem. Cóż z tego, skoro ręka sama się rwie. Żołądek przenicowany na drugą stronę, mózg kombinuje co jeszcze można wziąć na odkwaszenie, ale ręka leci do czerwonych zdrajców. Wcale nie są z Milanówka. Bo z Milanówka są krówki, których zresztą też nie mam i dobrze, bo na pewno też by mnie wodziły na niebezpieczne pokuszenie. Na człowieka w życiu czycha tyle rzeczy.

To niesprawiedliwe. Jakże tak mogą leżeć w misce na stole w zasięgu ręki i patrzeć na mnie setkami zielonkawych oczu? No kto to wytrzyma?

1 ... 6 , 7 , 8 , 9 , 10 ... 80
| < Marzec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
Popieram akcję ochrony doliny Rospudy
Ten blog jest optymalizowany do oglądania w przeglądarce Firefox przy rozdzielczości ekranu 1024x768 px.