Chth to chemioterapia. L to life. 73 to założona przeze mnie długość życia. Statystycznie nie żyję już od kilku lat więc może się uda.
Blog > Komentarze do wpisu
Wychodzenie z kryzysu

Wychodzenie z kryzysu nie idzie mi najlepiej. Noc przespana średnio, ale już bez nadmiernych sensacji. No może z kilkoma pobudkami nad ranem, ale z bólem na dającym się wytrzymać się poziomie nie wymagającym dodatkowych interwencji farmakologicznych. Poranek przykry. Pobudka normalnie, koło 9-tej. Po czym czas egzystencji około 30 minut. Dokładnie tyle ile trzeba na wypicie kubka zimnej wody. I znowu ból brzucha. I znowu senność. Wracam do łóżka. Podejście drugie koło 11:00. Teraz lepiej. Fizycznie. Psychicznie dno. Zmęczenie. Nic się nie chce. Ale spróbujmy dalej, może się jakoś rozbucham. No to buch buch buch. Telefon z pracy. "Tak. Będę. Przepraszam za spóźnienie." Nastawienie do jakiejkolwiek aktywności ujemne. Ale ruszamy. W asyście Najlepszej z Żon. Ona jedzie gdzieś na drugi koniec miasta, akurat w moim kierunku. Wysiadam na swoim przystanku. Dreptu, dreptu, dreptu... znowu osiemdziesięciolatki mnie dublują na okrążeniach. Praca. Ulubiona Szefowa czegoś ode mnie chce. Nie bardzo łapię o co chodzi. Mentalnie cały czas nie mogę związać końca z końcem. Coś tam zaczynam robić w dziedzinie nie wymagającej nadmiernej czynności umysłu. I robię kawę. Tylko ona może mnie teraz uratować.

Powinienem ten dzień jeszcze zostać w domu. Jeszcze odczekać. W końcu wczorajsza noc była poniżej krytyki, w końcu nażarłem się tych przeciwbólowych i one teraz ze mnie wyłażą. Dziś może trochę lepiej, ale to widać mało. Do tego jeszcze słabiusieńkie wyżywienie - dwa dni na kaszkach ryżowych, żeby nie drażnić żołądka. Ostatnio niestety cały czas jest tak, że po awarii wydaje mi się, że "już teraz jestem dobry", po czym funduję sobie 30 minut umiarkowanego wysiłku fizycznego (spacerek od przystanku do przystanku) i okazuje się jak bardzo się myliłem. Zupełnie straciłem wyczucie własnych możliwości. Dawniej na regenerację potrzebowałem kilku godzin. Teraz już sam nie wiem. Ale na pewno dłużej.

czwartek, 12 lipca 2007, mac_74

Polecane wpisy

  • Zgotowałem się

    Rano powrót bólu. Na szczęście na umiarkowanym poziomie. Udało się to spacyfikować. Prawdopodobnie przy upale szybkość uwalniania leków przeciwbólowych z plastr

  • Coraz mniej mi się podoba.

    Po w miarę spokojnym i dobrym dniu poszliśmy na spacer do parku. Wieczorem, jak już upał zszedł. 500 m do ogródka piwnego (ja na herbatę). W jedną stronę jakoś

  • Kolejna noc, kolejny kryzys

    No i niestety znowu chodziłem po ścianach. Wczoraj wieczorem pomógł dopiero drugi młotek. Nie brałem do tej pory takiej ilości różowych młotków w jednym rzucie.

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2007/07/12 17:20:09
nie wiem czego ci w takich chwilach bolesności życzyć...jeżeli ty wiesz czego to właśnie tego ci życze.
-
2007/07/12 21:57:54
Bardzo Ci dziękuję Olu.
Popieram akcję ochrony doliny Rospudy
Ten blog jest optymalizowany do oglądania w przeglądarce Firefox przy rozdzielczości ekranu 1024x768 px.